Majówka

Ostatnimi czasy pojęcie “dzień wolny” zaczął mieć dla mnie ogromne znaczenie. Absolutne oderwanie od rzeczywistości jest czymś do czego dążę nieustannie i z utęsknieniem od dłuższego czasu. Ot tak po prostu nie myśleć o pracy i wszelakich z nią związanych obowiązkach, o tym czego brakuje w domu do codziennej egzystencji mojej i kota, o sprawach małych i dużych także tych niezwiązanych z wyżej wymienionymi elementami życia. :)

Zasadniczo nie pamiętam kiedy pozwoliłam sobie na wolne dłuższe niż 3 dni. Hmmm – nie jest dobrze, bo coś takiego, jak wakacje w pojęciu obszernym <miesiąca, dwóch czy trzech> wymazano już z mojego grafia. :( “Well, this is just sad”. :P

Ale nie jest tak źle, w końcu nadszedł majowy weekend dłuższy od długiego, który w moim pojęciu skurczył się do 2 dni. :P Spakowałam więc bagaże <te minionych doświadczeń też :P >, kota i pojechałam do domku. :) Home sweet home. :)

Pogoda na szczęście dopisała, więc można było wręcz zachłysnąć się świeżym powietrzem przesyconym zapachem rozkwitających wszędzie roślin.:) A na ich brak w naszym ogrodzie nie można narzekać. ;) Pod czujnym okiem Rodziców wszystko aż kipi od kolorów, zapachów i  różnorodności. ;) Kontaktu z otaczającą zielenią w środku miasta więc nie zabrakło. ;) To jedna z korzyści jaka wypłynęła z tego weekendu.

Tulipanki

Kociaki korzystając ze sprzyjającej pogody, wyszły na łowy – “sekcja specjalna zawsze lojalna” <kto film widział ten wie, skąd cytat ów pochodzi :) >

Przebudzenie i wizualizacja terenu

Przebudzenie i wizualizacja terenu

Lokalizacja wroga

Lokalizacja wroga

Przyczajony tygrys, ukryty smok

Przyczajony tygrys, ukryty smok

Atak

Atak

Poza  tym relaks, chociaż w sobotę nad ranem na równe nogi postawił mnie telefon z pracy. :P   Wszędzie człowieka złapią. :P Na szczęście alarmu wielkiego nie było, ale spokojny sen prysnął.

Była też wizyta u Babci w szpitalu. Tam niestety jak zazwyczaj, dopadło mnie przygnębienie, mimo że starałam się iść prosto przed siebie instynktownie nie zerkając w stronę poszczególnych sal. Mimo to ciężar tego miejsca nie pozwala mi nigdy przejść przez nie beznamiętnie. Pocieszający był jednak fakt, że odnotowałam poprawę stanu zdrowia u Babci, chociaż na zdecydowane postępy rekonwalescencji będzie trzeba poczekać…dłuższy czas… Ale i tak jest się z czego cieszyć, tym bardziej że można przy okazji ucieszyć drugą osobę swoim widokiem i obecnością. ;) A Babcia z tego cieszy się zawsze i wszędzie. :)

…zgodnie z regułą przekory, lub którąś z jej modyfikacji życiowych wolny czas upływa za szybko, więc ledwo nacieszyłam się wolnością, a już jej przyjemny czas chylił się ku końcowi. Na kolejny taki luksus ku mojemu zadowoleniu w objętościowo większym wydaniu przyjdzie mi czekać do sierpnia, o ile stanę się szczęśliwą posiadaczką tzw “urlopu” – co by the way brzmi niezwykle dumnie…

A tymczasem z radością udaję się do pracy. :)

P.S

…w drodze powrotnej moją uwagę jak zawsze o tej porze roku przykuły “oszałamiająco piękne” pola rzepaku. :)

Rzepak ;)

Prozac w kociej postaci :)

Posiadaczy kotów pewnie poniższe dywagacje nie zdziwią. Chociaż kot kotu nierówny <zresztą podobnie jak z ludźmi>, tym bardziej że każdy ma swój bardzo specyficzny koci charrrrrakterrr.:)

Pewna czarna, nieco natrętna i bezczelna kotka prowadziła swego czasu małą akcję okupacyjną w moim rodzinnym domu. Prowadziła ją na tyle konsekwentnie i skutecznie, że cel jaki pewnie sobie zaplanowała osiągnęła.:) Sforsowała drzwi domu, choć nie tego do którego intensywnie się dobijała – strzeżony przez 3 kocich wartowników stanowiłby dla niej nie lada wyzwanie.:)  Sforsowała je, ale w efekcie małej migracji została ulokowana w mieszkaniu jednego z poznańskich bloków.:) Oficjalnym opiekunem zostałam ja.:) W książkach piszą, że koty tylko udają, że człowiek ma nad nimi władzę.:) Jak się potem okazało to mądre stwierdzenie ma odzwierciedlenie w rzeczywistości.:)

Moja rola zaczęła się od skromnego nadania imienia Amelka owej współlokatorce. I to chyba był jeden z większych przejawów mojej władzy w tym domu.:) “Pani” Amelka ustala porządek dnia, do którego ja się dostosowuję.:P Ewentualne niedostosowanie do wymagań kończy się pacnięciem łapką. ;) Poskromienie złośnicy nie jest aż takie trudne – wystarczy odpowiednie podejście do sprawy i już zamienia się w łagodnego mruczącego kociaka.:)

Od momentu kiedy Amelka zagościła w domu, budzik z funkcją powtarzającego się alarmu nie jest potrzebny, bo ową funkcję z wielkim zaangażowaniem spełnia właśnie ona.:) Przynajmniej jedna istota wstaje na równe nogi wraz z pierwszym rozrywającym uszy sygnałem. :D I mogłabym tu opisywać całą scenkę rodzajową, której bohaterkami byłabym ja i Amelka, a której rezultatem jest moje, najczęściej okupione “cierpieniami” wstanie z łóżka, ale po co….:) Lepiej zobaczyć to na własne oczy.:) Nie nie….nie zarejestrowała tego ukryta kamera, chociaż kiedy po raz pierwszy oglądałam ten filmik, miałam wrażenie jakby jego twórca wzorował się na moim <naszym> przypadku.:) Bo oprócz rażących różnic, czyli płci głównego bohatera, “koloru” jego kota <płci nie da się zidentyfikować:P> wszystko wygląda tak samo……no może z jeszcze jedną drobną różnicą…:)

I kolejny przykład z tej serii, czyli scenka pt. “Zrobię wszystko żeby zwrócić na siebie uwagę”. Wyjęta z mojego życia tym razem bez drobnych różnic <te kluczowe nadal są>.:)

Ostatni przykład, który zilustrowany zostanie filmem, nie dotyczy bezpośrednio mnie i Amelki. Przedstawiona niżej sytuacja często spotykana jest u Rodziców i koegzystującej z nimi wesołej gromadki.:) Uwaga ! Stopień podobieństwa przedstawionej sytuacji do rzeczywistości ponownie bardzo wysoki.:)

Przyznam szczerze, że wprost nie mogę się oderwać od tych filmików.:)  Inaczej ogląda się to wszystko z perspektywy widza inaczej z perspektywy uczestnika.:) Oczywiście przykładów takich zachowań można mnożyć wiele, ale już na podstawie tych 3 wniosek wysnuć można jeden – choćby nie wiem jak się starać, nie uda się zachować obojętności wobec kota.:)

P.S

Abstrahując od tematu kotów, ale pozostając przy codziennych zachowaniach zwierząt, miłośnikom psów proponuję przeczytać nowy felieton Joanny Szczepkowskiej “Zapach trójkąta”.:) Ja się szczerze śmiałam.:)

A to bohaterka tego wpisu – Amelka ;)

Amelka ;)

Mamy Święta :)

Minął rok a blog nadal istnieje. :) Yeay !!! :) <dziękuję, ale aż tak głośnych braw nie trzeba, bo się zawstydzę>. :P

Nadeszły kolejne Święta….jak co roku nie obyło się bez gorącego okresu przygotowań. :) Na szczęście bieganinę za prezentami udało mi się zakończyć przed kulminacyjnym weekendem i nie musiałam przeciskać się z białą flagą przez tłumy ludzi. :) Kto nie zdążył nic kupić niech biega teraz za karę. :P Życzę powodzenia. :)

W przeciwieństwie do zeszłego roku, w miarę możliwości udało mi się aktywnie uczestniczyć w przygotowaniach wigilijnych przysmaków.:) Jutro okaże się czy są zjadliwe. :) Przyznać muszę, że wyrabianie ciasta na piernik czy tort miodowy pomaga się odstresować i wyładować ewentualne frustracje. :P

Właściwie to te Święta zapowiadają się jako wyjątkowo udane pod względem organizacji – prezenty wcześniej spakowane <co się raczej nie zdarzało>, wszystkie sprawy pozałatwiane. :) Pewnie dlatego czuję w sobie błogi spokój i upajam się w pełni tą radosną, magiczną atmosferą przybraną w lampki i  pachnącą przyjemnie choinką. :) Wprawdzie jak co roku nie napawa mnie optymizmem składanie “nastu” życzeń podczas łamania opłatkiem bo niestety nie jestem w tym dobra, ale mam nadzieję, że szczerość i potok słów pozwoli mi swobodnie wyjść poza “wesołych świąt”. ;)

Tak więc zanim jeszcze dojdzie do oficjalnego składania życzeń face to face poćwiczę to tutaj. :) <joke :) >

Życzę Wszystkim aby ten niepowtarzalny czas pachnący cynamonem, pomarańczą i choinką wypełnił spokój, miłość i rodzinne ciepło. Magii, szczerych słów, skupienia, bliskości, spełnienia marzeń pod choinką. :) Niechaj ludzie przemówią dziś ludzkim głosem <chór zwierząt mile widziany> ! :) Radości, uśmiechów i wzajemności….nie tylko od święta…

“Niech się głosy łączą w jedną pieśń , tak łatwo objąć świat łańcuchem rąk. Nad światem cicha noc, niebo pełne gwiazd, nad światem noc, nad nami noc…”

Christmas

Bat nad zgiętym grzbietem zawisł,
Fala się złamała w pół,
Ponad ziemią nagle ucichł wiatr,
Uścisnął człowiek dzi

M jak magister :)

Ostatnimi czasy moja radosna twórczość nieco zmieniła swój tor i zamiast na blogu koncentrowała się na iście naukowych tematach. Już powoli czuć było tutaj swąd milczenia.:p

Przez 5 miesięcy tworzyłam podstawy do prawdopodobnie jedynego dzieła podpisanego własnym imieniem i nazwiskiem, po czym przez kolejny miesiąc ów dzieło skrupulatnie spisywałam. :P Wyszło z tego bądź co bądź 99 stron….maszynopisu :D <ładnie by to brzmiało, niestety jak wiadomo maszyny nie używałam więc pobawię się w słowotwórstwo – laptopisu, komputeropisu etc.>. ;) Ogólnie dzieło to określić można jako: paraliteratura, paranoja, paradoksografia, paralela i parafraza pewnego rodzaju. Chyba przedrostek “para” obezwładnił mnie w tym podsumowaniu. :P

Jak to jednak w życiu bywa łatwo nie było i chwilami całe to przedsięwzięcie wydawało się być kwadraturą koła i nie omieszkało nieco potarmosić moich nerwów. :D Jedyne co trzymało mnie w jako takiej formie to wizja zbliżającego się końca męk związanych ze studiami, która z dnia na dzień była jak na wyciągnięcie reki. Z tą małą różnicą, że tak prosta jak ów wyciągnięcie ręki nie była. ;P

Anyway , było minęło, tytuł mgr <nie mylić z magazynierem :D > przyznano po zaciętej obronie <nie nie wcale nie było tak źle, choć bez walki się nie obyło oczywiście> , więc zadanie wykonane. :D Mission complete. :D   Przeszłam do następnej planszy a grę mogę nazwać  “Moje własne Idaho” <a tu takie skojarzenie z filmem :P >. :D Kolejna jej odsłona to staż. :)

W tak zwanym międzyczasie mam zamiar upajać się każdą wolną chwilą, przeplatać czas pomiędzy palcami. Nareszcie choć nie na długo mogę zwolnić, złapać oddech, poukładać myśli, uciec z labiryntu zawiłości, szarej codzienności, spraw i obowiązków, przestawić zegar na swój własny czas, który biegnie moim rytmem, czyli krótko mówiąc nigdzie mnie nie goni. ;) I to jest właśnie ten zasłużony odpoczynek, na który wyczekiwałam.

A podsumować czas od marca do września mogę muzycznie bo tak chyba będzie najlepiej :D :

marzec

“idzie zimne i nieznane, idzie wielkie mózgów pranie” <M.Peszek “Czarny worek”>

“daleki cel, niepewny trakt, nadziei wątła nić, lecz tylko z marzeń może wyśnić się sen, bez marzeń nie warto żyć’ <K. Groniec “Po to są marzenia”> :)

kwiecień

“co dzień pędzi mnie, porywa mnie i ciągnie het niekończący się bieg” <M. Peszek “Cyrk”>

“zabrania się, zabrania się, zabrania się opuszczać pole bitwy zanim bestia padnie. Nakazuje się, nakazuje się toczyć bitwę czysto i dokładnie” <G. Kulka “Królestwo i pół”> :)

maj

“a ja wierzę, że to co robię ma sens, bo czasem lepiej odejść od zmysłów by nie zwariować” <E. Bartosiewicz “Jenny”> :)

czerwiec

“chcemy by tu wyrósł fioł naprzód marsz chcemy show, chcemy cudów co wylecą z szafki” <Waglewski Fisz Emade “Majty”> :D

lipiec

“nie da się żyć, zwariuję jak nic” <K. Nosowska “Era retuszera”>

“it’s crazy, dreams amaze me, strange dreams, love dreams, hate dreams, don’t wanna know when I’m awake <Smolik “S.Dreams”> :)

sierpień

“penetrować spojrzeniem przestrzeń za widnokręgiem, dobę rozciągać, niech rozrasta się, rozrasta w tydzień się, zamiast wolnej woli mieć wolę szybką jak strzał” <K. Nosowska “UniSexBlues”>

“jestem jak jeden czuły nerw, żyję na ostrzu, na krawędzi, czasem płaczę” <E. Bartosiewicz “Na krawędzi”>

“stanie się tak, że któregoś dnia, w ogóle się nie zjawię” <Waglewski Fisz Emade “Chwilę będzie ciszej”> :)

wrzesień

“relax take it easy, for there is nothing we can do” <Mika “Relax take it easy”> 1-9 września

“close your eyes, free your life, from the sky all looks fine”  <Smolik “Cye”> od 10 września :)

“mamy czas na zmarnowanie i na plcuie i łapanie” <Voo Voo “Turczyński”>

“siedzę na ławce, sięgam głową do chmur, a niebo jest gładkie i nie ma w nim dziur” <Waglewski Fisz Emade “Niebo bez dziur”>

The end. :)

P.S

WTAJEMNICZONYM UCZESTNIKOM “akcji mgr” chciałam ponownie podziękować za WSZYSTKO. :)

100 lat “Ani z Zielonego Wzgórza”

20 czerwca 2008 minęło dokładnie 100 lat od wydania powieści Lucy Maud Montgomery “Ania z Zielonego Wzgórza”. Zacny to jubileusz stąd też hucznie obchodzono go na całym świecie. :) Nic dziwnego – jak wiadomo książka odniosła ogromny sukces. W ciągu sześciu lat od “premiery” ukazało się 37 wydań . Dziś znana jest m.in. w językach: francuskim, hebrajskim, duńskim, słowackim, norweskim, portugalskim, koreańskim, hiszpańskim.

Nie pamiętam dokładnie kiedy ta książka wpadła mi po raz pierwszy w ręce ale pamiętam, że zabrałam ją bratu, kiedy zakończył przerabianie jej w szkole. :) Pewnie było to w granicach 2 klasy podstawówki, kiedy błogie dzieciństwo pozwalało bujać w obłokach a postrzegana przeze mnie rzeczywistość miała wszystkie kolory tęczy. ;) Książki czytałam wtedy w ogromnych ilościach, więc każda nowa i pachnąca, była źródłem niezwykłego entuzjazmu i przyjemności płynącej z pochłaniania szeregu l i t e r e k, słów i zdań “osiadłych” na kolejnych stronicach. :) Rolę żelaznej pozycji na mojej ówczesnej półce z książkami pełniły wówczas “Dzieci z Bullerbyn” – zresztą nawet dzisiaj ich znaczenie wśród innych mniej lub bardziej poważnych dzieł nie zmalało. ;)

Któregoś pięknego dnia pojawiła się dla nich konkurencja w postaci 300 stronicowej książki, w zielono-brązowej okładce z wizerunkiem rudowłosej dziewczynki siedzącej na ławce na dworcu kolejowym. Na środku widniał tytuł “Ania z Zielonego Wzgórza”. ;) No cóż, już po pierwszym przeczytaniu ta książka mnie urzekła. ;) Stanowiła i stanowi nadal niesamowity ładunek optymizmu, odskocznię od codzienności, receptę na wszystkie smutki. ;) Dodatkowym bodźcem do mojego nieustannego obcowania z przygodami Ani było posiadanie kaset magnetofonowych z nagraniem słuchowiska radiowego “Ania…….”. Zostało ono przygotowane przez Naczelną Redakcję Programów dla Dzieci i Młodzieży i Teatr Polskiego Radia. Uhonorowane m.in. I nagrodą Polskiego Radia w kategorii słuchowisk roku 1979 <29 lat jak się patrzy>. :) 5 najczęściej przeze mnie słuchanych kaset. Udział w tym słuchowisku wzięli m.in Anna Romantowska <jako dorosła Ania Shirley> i Franciszek Pieczka <jako Mateusz Cuthbert>. Kasety przetrwały próbę czasu i nadmiernego użytkowania i są nadal przeze mnie “maglowane” . Najlepsze “lekarstwo” na chandrę. :) Dialogi po setnym przesłuchaniu chyba same się zakorzeniły w pamięci, więc nawet przy braku dostępu do źródła, przypomnieć je sobie nie jest problemem. ;)

Według mnie niezwykłość tej książki kryje się w wiarygodności, niepowtarzalności i uroku głównej bohaterki. Osierocona rudowłosa dziewczynka udowadnia że życie ma więcej barw niż może się komukolwiek wydawać. Dostrzega rzeczy, na które nikt nie zwraca uwagi.

Z pewnością czytelniczki “Ani…” próbowały i próbują odnaleźć w niej cząstkę siebie <nie inaczej było i nadal jest ze mną> poniżej nastąpi więc mała próba utożsamienia mnie z ów bohaterką. :D Chyba za chwilę sama się zdziwię.:D

- wyobraźnia – dziękuję ma się dobrze ale w porównaniu do Ani chyba dopiero raczkuje :D

- “otchłań rozpaczy” – zdarza się czasami i wtedy także “coś staje w gardle i nie można nic przełknąć, nawet czekoladki” :P

- skłonność do robienia rzeczy szalonych i ryzykownych – wprawdzie nie spacerowałam jeszcze po dachu jak Ania, ale parę ryzykownych pomysłów już mam na koncie :D i to zapewne nie koniec :D

- podejmowanie decyzji pod wpływem chwili – nie ufarbowałam włosów na “wściekły” kolor i nie zamierzam, na pomysł o zaprzestaniu chodzenia do szkoły też nie wpadłam, ale kilka spontanicznych decyzji podjęłam choć nie zawsze pociągały za sobą tak drastyczne konsekwencje jak w przypadku Ani :D

- “w geometrii nie ma absolutnie pola do wyobraźni” – zgadzam się w 100 % :D

- “…prawie zawsze można się z czegoś cieszyć…” – podpisuję się pod tą zasadą :) ja się cieszę nader często :D

- “zawsze przykro, kiedy się coś przyjemnego kończy. Wprawdzie potem może się zdarzyć coś jeszcze milszego, ale nigdy nie jest się tego pewnym, a tak często się zdarza, że to coś wcale nie jest przyjemniejsze” i tu również się zgadzamy – pożegnania i wszystkie tego typu zdarzenia nie są dla mnie :P

- “Czy to nie przyjemnie wiedzieć, że jest tak dużo rzeczy, które jeszcze poznamy? To właśnie sprawia, że ja się tak cieszę życiem… Świat jest taki ciekawy… Nie byłby taki ani w połowie, gdybyśmy wszystko o wszystkim wiedzieli, prawda?” – co prawda to prawda – ciekawość <nie mylić ze wścibstwem >, w odpowiednich proporcjach wcale nie jest pierwszym stopniem do piekła :P

- “Jakże się cieszę, że żyję na świecie, w którym istnieje październik !” – ja też, a powodów mam kilka. Najważniejszy to chyba ten, że właśnie w październiku przyszłam na świat. :D Drugi współtowarzyszący – jesień – przepych barw, zapach liści, kasztanki i słoneczko, które wtedy już tak nie doskwiera….uwielbiam :)

- “Bywają chwile, że z przykrością myślę o tym, iż nie jestem wzorowa, ale przecież ciągle postanawiam zostać nią w przyszłości. Nieraz trudno jest dotrzymać postanowień, bo zdarza się, że nawiedzają nas nieprzezwyciężone pokusy, ale teraz postaram się zrobić jeszcze większy wysiłek.:) Nic dodać nic ująć – cała ja. Co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro / pojutrze/ w najbliższej przyszłości* (* niepotrzebne skreślić). :p Ale staram się to zmienić. :P

To tyle porównań. :P Z zauważalnych różnic – gadułą w przeciwieństwie do Ani nie jestem. :D

“Anię….” czytałam i słuchałam niezliczoną ilość razy. I robię to nadal. Za każdym razem z radością odkrywam punkt widzenia tej niepospolitej, skromnej osóbki, zatapiam się w jej marzeniach, w jej magicznym kolorowym świecie z “Jeziorem Lśniących Wód, Królową Śniegu” i innymi, na co dzień pospolitymi rzeczami, które dzięki niej zyskiwały duszę.

Tak długo, jak długo będę ją czytała i jak długo pozostanie ona dla mnie tą najważniejszą wśród innych “ważnych” książek, będę mogła odnaleźć w sobie tą 8-9 letnią dziewczynkę, którą byłam kiedyś, bujającą w obłokach i postrzegającą rzeczywistość we wszystkich kolorach tęczy. :)

P.S

Poniżej okładka pierwszego wydania “Ani z Zielonego Wzgórza”. :)

Okładka pierwszego wydania \

W pogoni za…tytułem magistra :)

Oj trzeba trochę odkurzyć tego bloga bo przez ten ponad miesiąc przerwy zdążył już zebrać warstwę braku odwiedzin, internetowego pyłu itp rzeczy, które raczej pozwoliły o nim zapomnieć. :) A więc teraz powiew świeżości. :)

Ostatnie miesiące mijają mi na dogłębnej analizie zawartości związków w nijakim Przelocie pospolitym <w ramach pracy magisterskiej>. :D Tak tak wiem, nazwa brzmi niebanalnie i doprawdy śmiesznie. Wywołuje na twarzy rozmówców dziwny grymas zmieszania, zdziwienia, zaintrygowania, po czym padają sztandarowe pytania:

  1. “Yyyyyyyy w czyyyym ?????”
  2. “A co to takiego ?????”
  3. “Żartujesz sobie ????”
  4. “Aha. A tak naprawdę ???” :)

Ogólnie ujmując reakcja sprowadza się do “Seriously -what ??” :D

No więc w ramach wyjaśnienia. Ów Przelot pospolity to nic innego jak pospolicie rosnące na nizinach <podobno, bo ja jeszcze nie spotkałam :) > zielsko. Trzeba mu oddać, że z wyglądu całkiem całkiem ładne. :) Swoją drogą nie wiem kto zajmuje się wymyślaniem polskich nazw dla tych czasami uroczych roślinek. W każdym razie pomysłowi z nich ludzie. :) Przyznam szczerze, że nie wiem co wspólnego ma nazwa przelot z samą tą rośliną. :)

Praca magisterska nad Przelotem, przelotnie mi nie mija mimo wszystko. :) Więc nazwa zdaje się nie pochodzi od szybkości badań nad ów zielskiem. ;) Ja akurat męczę się z nim już hmmmm….3-ci miesiąc i końca nie widać. Nadal ustalam co w niej siedzi ciekawego lub mniej ciekawego. Ale niech nikt nie myśli, że z tej całej ciekawości wytrzymać nie mogę. ;) Moja cierpliwość przy tych badaniach została już parokrotnie wystawiona <i nadal jest> na próby, więc czekam spokojnie. ;) Jak to mówią “szukajcie a znajdziecie”. :)

Przez te jak na razie 3 miesiące <niecałe> dzień po dniu napotykam/napotykałam się na:

1.proces zagęszczania i związaną z nim nierozłącznie wyparkę

2. rozdzielanie w rozdzielaczach <masło maślane :) > a dokładniej ekstrakcja ciecz-ciecz :D

3. chromatografię wszelkiej maści :D i związane z nią

Wytrwałych i pragnących lepiej poznać szczegóły moich poczynań, odsyłam do linków ukrytych pod magicznymi słowami <wystarczy kliknąć wyrazy zaznaczone kolorkiem>. :D Tam chyba w miarę zrozumiale jest wyjaśnione o co chodzi. :)

Kiedy moje zadania są wykonane i pozostaje cierpliwie czekać, aż matka natura <a może lepiej matka chemia, fizyka itp.> wykona swoje zadanie <lepiej a czasem nie najlepiej>, w głowie rodzą się różne pomysły jak zabić czas. ;) I tu wyobraźnia zaczyna pracować a pomysły na urozmaicenie czasu przychodzą do głowy błyskawicznie. :D Katedra wyposażona jest w wiele przedmiotów, które wykorzystać można do “scenek rodzajowych”. ;) Jak to mówią mała rzecz a cieszy. :D Przykłady: profesjonalne gogle narciarskie, podpory do kwiatów, kije od miotły, korki do butelek, “maski spawacza”. :D Wszystkie te przedmioty wydają się być niesłychanie zabawne w danej chwili. Tak, wiem że to brzmi dziwnie. Może to wszystko efekt wpływu wszelakich rozpuszczalników unoszących się wokół podczas pracy. ?? :P

Przygody z latającymi bibułami, magiczną szafką, jednostronnie dźwiękoszczelnymi drzwiami czy małą powodzią pozostawię bez dalszego komentarza. ;) Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi i niech tak zostanie. ;) Było wesoło, chociaż grozą też powiało. :P Ekipa magistrantek nie próżnuje. :D

Tak w telegraficznym <no może prawie telegraficznym, a jak wiadomo prawie robi duża różnicę :) > przedstawiają się moje zmagania ze zdobywaniem upragnionego tytułu magistra. Przede mną jeszcze praca teoretyczna, która chyba bardziej mnie odstrasza niż praktyczna. No ale może przy odrobinie weny i mobilizacji uda się stworzyć z tego logiczną całość. :) W końcu pewnie się okaże, że nie taki Przelot straszny. :) Sami oceńcie. ;)

P.S

Przy okazji mogę podziękować ów najbardziej wtajemniczonym w te dziwne historie osobom, za uczestnictwo, pogodę ducha i pomysłowość, których rzadko kiedy komuś z tej ekipy brakuje. :D


“Łańcuszkom” mówię stanowcze NIE !

…sprawa to już dawna, pewnie bardzo przedawniona, ale jednak wciąż mnie zastanawia i nie daje spokoju. Dodatkowo moją chęć wypowiedzi podsycił artykuł Joanny Szczepkowskiej w “Wysokich obcasach” <7/2008>. Swoją drogą uwielbiam czytać felietony pani Joanny – proste sytuacje opisane w niezwykle prawdziwy sposób, bogate w trafne spostrzeżenia, szczyptę humoru i ironii. :)

…sprawa dotyczy łańcuszka….łańcuszka jakich dzisiaj mnóstwo w dzisiejszej rzeczywistości, szczególnie tej wirtualnej. :) Niestety tylko niewiele z nich ma na celu rozpowszechnianie przydatnych informacji, tudzież pozwala na chwilę zastanowienia i niesie ze sobą jakieś głębsze przesłanie. Jakby na to nie spojrzeć jest to pewien sposób na dotarcie do szerokiego grona odbiorców. Prędzej czy później każdy pomyśli, że może warto ów głębokie przesłania wzbogacone o piękne zdjęcia i muzykę <niech żyje Power Point :) > przesłać dalej. ;) Co różni jednak ten typ od pozostałych to to, że brak tam listy konsekwencji jakie grożą w wyniku nie przekazania wiadomości dalej. ;)

…większość łańcuszków niestety opiera się na smutnym i żenującym, nie zawaham się użyć tego słowa – szantażu. :) Po całej ciekawej lub często nieciekawej oprawie następuje puenta: “roześlij to dalej albo…..” <tu następuje zazwyczaj seria nieszczęść rodem z księgi Hioba :) >. Uderzają one w czułe strony ludzkiej natury, wykorzystując łatwowierność, chęć niesienia pomocy….i powodują, że odbiorcą zaczynają miotać dziwne uczucia.

Z jednej strony taka wiadomość jest czasami tak absurdalnie amatorska i śmieszna, że aż trudno uwierzyć, że jej “twórca” <choć to zdecydowanie za duże i poważne słowo na takie osoby> liczy na dalsze rozsyłanie i łatwowierność odbiorcy. Z drugiej strony ów odbiorca, choć przeświadczony o bezcelowości i niedorzeczności tej wiadomości, przesyła ją dalej dla tzw. “świętego spokoju”, “czystego sumienia” etc. :) Dziwny to mechanizm naszej podświadomości. ;)

Wyobraźnia osób zapoczątkowujących łańcuszki jest wprost nieograniczona w swojej ograniczoności. :D Łatwowierność osób je otrzymujących jest za to chwilami przerażająca. ;)

Z tej bezkształtnej masy łańcuszków, wybił się niedawno jeden, rozprzestrzeniany drogą sms-ową. I nie był to bynajmniej kolejny popis nieograniczonej wyobraźni, a wręcz przeciwnie. Autor tego pomysłu wykazał się absolutnym brakiem wyobraźni i zdrowego rozsądku, pokazał za to swoją skrajną bezmyślność. Oto postanowił zapoczątkować łańcuszek którego treść brzmiała: “Pilnie poszukiwana jest krew grupy A Rh- dla umierającego dziecka! Bardzo prosimy o pomoc. Numer telefonu………….”. Jak można się było spodziewać, każdy kto wyposażony jest w ludzkie odruchy: współczucia, niesienia pomocy rozesłał wiadomość do znajomych, Ci do swoich znajomych itd itd. Cała akcja nabrała dużego zasięgu. Ludzie gotowi byli bez wahania oddać krew, niektórzy chcieli nawet w tym celu przylecieć spoza Polski. Niestety na darmo…

Sms okazał się bowiem głupim żartem, kolejnym irracjonalnym, zakłamanym tworem. Ciekawe czy jego autor <autorzy> są usatysfakcjonowani wynikami swojego zdumiewająco “błyskotliwego” pomysłu? Czy ich wirtualne “dziecko” zyskało wystarczająco dużo uwagi i chęci pomocy ?? Nie wiem czy zdają sobie sprawę z faktu, że to dziecko to nie jest twór ich wyobraźni. Ono żyje gdzieś, ma imię, nazwisko i być może potrzebuje lub będzie potrzebowało kiedyś tej krwi. Ale dzięki temu, że twórcy smsa skutecznie znieczulili ludzi na tego rodzaju tragedię, większość odbiorców zapewne kolejny raz nie będzie już na tyle hojna.

Na całe szczęście pocieszające są wypowiedzi pracowników centrum krwiodawstwa, według których dla pilnie potrzebujących osób zawsze jest zapas krwi, a nawet jeśli jej zabraknie to dostarczana jest z innej stacji krwiodawstwa.

Sprawę smsa bada policja. Podobno “namierzają” sprawców całego zamieszania. :) Cieszyłabym się gdyby to całe namierzanie skończyło się pomyślnie i żeby pomysłodawcy tej akcji zostali w jakiś sposób ukarani. Bo zgodnie ze słowami Joanny Szczepkowskiej – na takie osoby musi być jakiś paragraf, a jeśli nie ma to należy go stworzyć. :D

Addicted to….:)

Coraz więcej w sieci portali społecznościowych skupiających różnych ludzi z różnych zakątków Polski i świata. Chyba nie ma osoby, która przy stałym <lub nawet dorywczym> dostępie do internetu nie była do jakiegoś zapisana.:) Wieści o tych portalach roznoszą się błyskawicznie, lub najzwyczajniej w świecie zostajemy wciągnięci w nie przez naszych znajomych, którzy wysyłają nam zaproszenia. Zastanawiać może jaki jest fenomen tych stron i co nas tak przyciąga….

Ja osobiście najbardziej cenię sobie stronkę last.fm. Wychodzi ona naprzeciw oczekiwaniom swoich użytkowników udostępniając mnóstwo muzycznych plików, tworząc rankingi naszego gustu muzycznego na podstawie odsłuchiwanych utworów, dostarcza informacji o wykonawcach, rekomenduje wiele utworów, generuje osoby o podobnym do naszego guście muzycznym….po prostu wszystko czego można sobie tylko zażyczyć znajduje się w ramach tego portalu.:) Fenomen last.fm jest więc prosty.:) Przyciąga i wciąga ludzi, dla których muzyka znaczy wiele i którzy nie mogą bez niej żyć.:) Całkowicie popieram tego typu działania.:) Jednak nie każdy jest takim muzycznym maniakiem więc z założenia portal ten nie jest przeznaczony dla pewnej części społeczeństwa, nie każdy też o nim słyszał.

Nie ma chyba jednak osoby, która nie słyszałaby o słynnej naszej-klasie.pl.:) Jeszcze trochę a nie będzie już osoby, która nie będzie tam zapisana. Albo stanie się to obowiązkiem narodowym.;P Sukces tego portalu przeszedł chyba najśmielsze oczekiwania twórców.;) Na dzień dzisiejszy liczba “klasowiczów” rośnie i wynosi ponad 6 mln. Idea portalu była jak najbardziej szlachetna – odnajdywanie starych znajomych z podstawówki, przedszkola, liceum itp. Co jednak zaczęło być zmorą tego portalu i zaczęło mnie zniechęcać???

1. fikcyjne szkoły lansu, lenistwa ,picia, zdradzania itp – żałosne

2. straszny bałagan w spisie szkół – po co sprawdzić czy takowa istnieje skoro samemu

można szkołę dodać do bazy

3. lista znajomych a może raczej nieznajomych

samo słowo znajomy wyjaśnia to, kto powinien znaleźć się na takiej liście. Przede wszystkim trzeba taką osobę znać co oznacza, że w przeszłości lub obecnie miało/ma się czasowy kontakt z tą osobą polegający m.in na rozmowie a nie na mijaniu na ulicy.

Tymczasem nasza klasa stała się polem rywalizacji o jak największą liczbę znajomych nieznajomych. Obecnie żeby być postrzeganym jako “osoba lubiana” trzeba mieć co najmniej 100 znajomych !!! Mnie osobiście śmieszy kiedy dostaje zaproszenie od kogoś kogo owszem widuje na uczelni itp. ale nigdy nie zamieniłam z tą osobą ani słowa.:) Może nasza klasa powinna zmienić swoją główną ideę odnajdywania starych znajomych na wyszukiwanie nowych znajomych.:) No ale takich portali jest już w sieci sporo.:)

4. Wszelkiej postaci udoskonalanie, uaktualnianie profilu – czyli gdzie byłam/byłem, co robiłam, czego się dorobiłam/dorobiłem, z kim jestem itp – to też śmiechu warte.

Zdjęcia ze ślubów, egzotycznych wakacji, w mniej lub badziej wyszukanych pozach ze swoimi sympatiami, przy drogich samochodach, mają chyba służyć pozbyciu się dawnych kompleksów i pokazaniu jak bardzo się wyrobiłem/wyrobiłam przez te kilka lat i czego się nie dorobiłem/dorobiłam.:)  Niech zazdroszczą.:)  Ale żeby tak rzeczywiście było czego.

Idea tego portalu zagubiła się więc w całej tej chęci pokazania się “światu” z jak najlepszej

i najbardziej wypasionej perspektywy, a także chęcią posiadania szerokiego grona znajomych.

Ciekawe czy kiedy minie moda na naszą klasę ktoś będzie pamiętał o wszystkich swoich 400, 300, 200 znajomych ??? :)

O postanowieniach noworocznych

Coż o nich ? Chyba tylko tyle, że każdy znowu wiele postanawia a niewiele z tego robi.:) Ale w końcu Nowy Rok to dobry moment na rachunek sumienia, wystawienie oceny za poprzedni, umieszczenie tego w archiwum i rozpoczęcie nowego, kolejnego etapu swojego żywota <człowieka mnie lub bardziej poczciwego>.:D

Ja przyznam się szczerze nie przywiązuje dużej wagi do owych postanowień bo jakoś nigdy dotąd nie udało mi się do końca wszystkich wypełnić. Na szczęście nie palę więc rzucać nie muszę.:) Rozpoczynać tym bardziej nie chcę.:P

Ale żeby wszystko było tip-top to parę punktów wymienię i mam nadzieję, że tym razem znjadzie to odzwierciedlenia w życiu codziennym.:) Bo są to na dość realne do spełnienia czynności.:) I tak naprawdę chciałabym się ich trzymać.;)

A więc tegoroczne postanowienia to:

- spać więcej – minimum 7 godzin :) <z naciskiem na wcześniejszą godzinę zasypiania>:)

- więcej sportu i ruchu :D <rowerek stacjonarny czeka, w planach narty….>:)

- częściej widywać się z przyjaciółmi – zaniedbałam, przepraszam, postaram się poprawić ;)

-………………..

Ostatni myślnik na coś czego zapomniałam wymienić, lub coś co podświadomie zrobię a potem okaże się, że powinno się tu znaleźć.;) Czyli wielka niewiadoma.;)

Ot i moje drobne postanowienia.:)

Proszę nie pytać czy je wypełniam czy też nie, bo nie temu ma to służyć.:):):)

It’s beginning to look a lot like Christmas :)

…wielkimi krokami zbliża się do nas ten “Dzień jeden w roku, bardzo ciepły choć grudniowy”.:-) I pewnie jak większość cieszę się niezmiernie, że to już tuż tuż.:-)

Z roku na rok można zaobserwować przedświąteczne szaleństwo społeczeństwa, które na ostatnią chwilę załatwia wszystkie potrzebne rzeczy – od choinki począwszy a na prezentach i karpiach skończywszy.:) I ponoć ludzie narzekają na brak pieniędzy ale jakoś tego nie da się zaobserwować w ot na przykład pierwszym lepszym centrum handlowym.

Szaleństwo zaczyna się już w garażach gdzie krążące między rzędami samochody, <niczym stado dzikich zwierząt> czyhają na wolne miejsce, a gdy tylko się takowe pojawi rozpoczyna się wyścig – kto pierwszy ten lepszy.:) Do tego dochodzi wypatrywanie na ludzi zmierzających do swoich aut. Najprościej oceniać gdy idzie cała rodzina – wtedy prawdopodobieństwo zwolnienia miejsca jest większe.;) Gdy jednak do samochodu zmierza jedna osoba opcji jest więcej

  • być może zwolni miejsce
  • a może tylko zapomniała czegoś zabrać

…ale nie ma czasu na długie analizowanie sytuacji bo kolejka samochodów czeka.:P I wystarczy chwila zamyślenia i złowrogo brzmiące klaksony rozbrzmiewają niosąc się echem po kolejnych “parkingowych uliczkach”.:-)

…na wyższych poziomach też nie dzieje się lepiej.:-) Wprawdzie już bez klaksonów i połowów miejsc.:-) Tu natomiast, wrzucamy 2 lub 3 bieg i przyspieszamy tempo.;-) Bo być może nie uda nam się znaleźć tego czego szukamy wśród tych sklepów i uda się jeszcze przemieścić do innego centrum handlowego.:-P No ale najpierw rozbiegany wzrok krąży po poszczególnych półkach lub też wieszakach, umysł pracuje przetwarzając ogrom danych, myśli kłębią się niczym cumulusy na niebie. I z tych naszych cumulusów albo spada deszcz, który studzi nasze zamiary, co skierowuje nas do innego sklepu, albo też uderza piorun, wyzwala się energia i pada stwierdzenie: “to jest to – biorę”, “niech będzie to i to” itp.:-) W większości więc przypadków decyzja co i komu kupić zapada podczas tych wypraw handlowych. :P Zawsze coś fajnego w ręce wpadnie, przy takiej ilości. I często nie są to drobiazgi mało kosztowne.:-) Raz do roku można zaszaleć.;-)

…wszystkie argumenty sprawiają, że większość obywateli zakupy przedświąteczne odkłada na ostatnią chwilę. I zamiast czerpać z tej pięknej i niezwykłej aury stoją w kilkumetrowych kolejkach w Empiku <bo to juz ostatnia deska ratunku – tam z pewnością się coś znajdzie>, Sephorze, Media Markt <w końcu nie dla idiotów> i innych tego typu “placówkach”.

…pomijam już kwestię potraw zamawianych niejednokrotnie w restauracjach itp, no bo wszystkiego przecież nie da się pogodzić. :P

…aha…choinka….. przy okazji zakupów, tak na sam koniec, po drodze do samochodu.:-P

A kiedy wszystko już gotowe, rozświetlone i pachnące można zasiąść z rodzinką do stołu, podzielić się opłatkiem i życzyć spokoju i mniej życia w biegu…

Ale tego chyba większość w dzisiejszym pędzącym świecie nie jest w stanie zrobić.:-) A szkoda bo o tylu rzeczach zapominamy, tyle przegapiamy, nie dostrzegamy….

…i z tych moich wywodów zbyt wiele nie wynika pewnie dla większości “pędzących”. A ja częściowo też do nich należę bo inaczej pewnie bym żyła nadal w latach 80-tych. :-p Ale na szczęście zachowałam w głębi resztki czujnego spojrzenia i dostrzegam to czego niektórzy nie widzą. I w związku z tym pozostawiam to też na fotografiach lepszych lub gorszych….I zawsze robię to z nadzieją, że przypadkowo może jakieś zdjęcie otworzy komuś oczy… Niejednokrotnie miałam okazję słyszeć “jakie to piękne zdjęcie” – w końcu jednak piękne jest to co na zdjęciu czyli to co ISTNIEJE w otaczającej nas rzeczywistości…

Na koniec znów muzycznie…ale mam to do siebie, że wiele tematów łączę z piosenkami i w tym przypadku też tak jest. Tym razem przyszła mi do głowy piosenka Mikromusic – “Każdą chwilę łap” – dla zabieganych.:-)

“Na dłoni setki dróg i linii

ścieżki życia i tajemnice

a oczy są oknami duszy,

przez które uciekają myśli.

Zamknę więc powieki aby, je otworzyć i zobaczyć

to wszystko jeszcze raz, jakby za parę chwil miałabym to wszystko stracić

Czas ucieka nam każdą chwilę łap,

poznaj życia smak bo czas ucieka nam.

Stanąć w miejscu choć na chwilę

zauważyć mały detal

piórko które wiatr unosi,

rzęsę na policzku twym.

Zamknę więc powieki aby, je otworzyć i zobaczyć

to wszystko jeszcze raz, jakby za parę chwil miałabym to wszystko stracić

Czas ucieka nam każdą chwilę łap,

poznaj życia smak bo czas ucieka nam.”

P.S

Tak więc spokojnych Świąt i uważnych oczu życzę wszystkim pędzącym obywatelom.:-)