Czas na niestety nieco opóźnione podsumowanie tego, co działo się w ubiegłym roku na kinowych ekranach, a co najbardziej przypadło mi do gustu.
W 2008 roku byliśmy świadkami wielu rodzimych premier. Wśród nich najwięcej było romantycznych komedii <”Jeszcze raz”, “Nie kłam kochanie”, “Rozmowy nocą” itp., itd>, ale znalazły się też ambitniejsze realizacje. Do najbardziej oczekiwanych premier zagranicznych w minionym roku należały m.in.: “Harry Potter i Książę Półkrwi”, “The Dark Knight”, “Indiana Jones i królestwo kryształowej czaszki”, “Opowieści z Narnii – Książę Kaspian”. Wszystkich filmów wymienić nie sposób, obejrzeć tym bardziej.:) Nie każdy we wszystkich filmowych gatunkach gustuje.
Mój osobisty gustometr pozwolił na stworzenie własnego rankingu 15 najciekawszych filmów.
Oto i on….
15. “Opowieści z Narnii – Książę Kaspian” – czyli lew, rodzeństwo i książę
Jedna z bardziej oczekiwanych premier ubiegłego roku. Wszyscy miłośnicy Narnii czekali na kontynuację losów Łucji, Edmunda, Zuzanny i Piotra. Pierwsza część oczarowała zapewne większość widzów, stąd duże nadzieje pokładano w ekranizacji kolejnej. Twórcy filmu ponownie wykazali się rozmachem, ale jak dla mnie zabrakło magii obecnej w poprzednim filmie. Nie da się ukryć, że klimat “Księcia Kaspiana” jest zupełnie inny, bo o ile w pierwszej części wszystko było kolorowe, bajkowe, pełne magii, o tyle kontynuacja jest bardzo mroczna, co pociąga za sobą m.in. przytłaczającą kolorystkę. To nie jest już ta sama niewinna Narnia.
Filmowi zarzuca się podobieństwo do “Władcy pierścieni” i rzeczywiście można znaleźć kilka analogicznych scen i pomysłów. Tym niemniej nadają one odpowiedniego klimatu i są tej ekranizacji potrzebne. Oczywiście pozytywne wrażenie robią wszelakie sceny batalistyczne i przepiękne krajobrazy, a także muzyka Harry’ego Gregsona-Williamsa <i choć osobiście robi na mnie mniejsze wrażenie niż poprzedni score, sprawdza się w filmie bardzo dobrze>.
Wadą filmu podobnie jak w pierwszej części jest aktorstwo. Wcielająca się w główne role młodzież jest drewniana, nieprzekonująca, podobnie jak we wcześniejszym przedsięwzięciu. Wypowiadane przez nich sztampowe dialogi są chwilami aż śmieszne w swojej dziecinności <dobrze, że widziałam film w wersji oryginalnej, bo obawiam się, że dubbing byłby nie do przeżycia>.
Jedyną prawdziwą i czarującą postacią jest Łucja. Jako jedyna odpowiednio wpisuje się w ten bajkowy świat i oczarowuje nas swoją niewinnością i dziecięcą wiarą w całą dziejącą się magię.
Honor aktorski ratują postacie króla Miraza <w tej roli Sergio Castellitto>, lorda Glozelle’a, Trumpkina, oraz epizodyczna ale dość wyrazista rola czarownicy Jadis granej przez Tildę Swinton <szkoda, że tak mało jej w tej części>.
Wrażenie z filmu psują przedłużające się sceny pościgu za Kaspianem, oraz ostatecznej walki, a kompletną pomyłką okazuje się być wyssany z palca i zagrany nieudolnie wątek zauroczenia <bo trudno go nazwać miłosnym> Kaspiana i Zuzanny. Mimo tych minusów miło było znów oderwać się od rzeczywistości i przenieść się w nieco naiwny i magicznie bajkowy świat Narnii.
14. “Niebo nad Paryżem” – czyli opowieść o niespełnieniu
Ten film to mozaika charakterów, ludzkich historii, oraz miejsc. Głównym bohaterem jest Paryż, determinujący życie pozostałych. Ci z kolei doświadczeni w różny sposób, dochodzą do momentu, w którym muszą się zatrzymać i zastanowić nad tym co tak naprawdę jest celem w ich życiu, dokąd ono zmierza. Zazwyczaj po fakcie okazuje się, że gonimy wciąż za czymś, szukamy własnej drogi życiowej, nie doceniając tego co już mamy.
Dopiero w obliczu przełomowych wydarzeń każdy dostrzega, że życie obok płynie swoim nurtem, którego dotąd w pośpiechu nie dostrzegał. Reżyser filmu Cedric Klapisch pozwala nam obserwować przeciętnych ludzi żyjących pod niebem Paryża, których ścieżki przypadkowo codziennie się przecinają. Na ich codzienną egzystencję składają się te same smutki i radości jakie spotykają każdego człowieka. “Niebo nad Paryżem” to szczera historia opowiedziana z dystansem, w sposób prosty, lecz nie pretensjonalny, w której nie brak humoru i wzruszenia. Wdzięczne aktorstwo Juliette Binoche i Romaina Durisa pozwalają polubić granych przez nich bohaterów.
Film nie pozostawia widza obojętnym – skłania do refleksji nad własnym życiem, jest autentyczny. Przypomina o tym, że w życiu liczą się drobiazgi, słowa, gesty….i to nie tylko w Paryżu.
13. “Rezerwat” – czyli nie taka warszawska Praga zła, jak ją malują ![]()
Akcja filmu rozgrywa się na owianej złą sławą warszawskiej Pradze. I to właśnie dzięki niej film zyskał wiele walorów i stał się ciekawy.:) Stare, zrujnowane kamienice, oraz ich “rdzenni” mieszkańcy….. Wszystko to poznajemy dzięki głównemu bohaterowi, który właśnie przeprowadził się na “prawy brzeg Wisły”. To jego oczami poznajemy z pozoru nudną, brzydką i mało interesującą dzielnicę, opanowaną przez alkoholików, ludzi bez perspektyw na przyszłość, dzieci z patologicznych rodzin – ogółem ujmując ludzi z bagażem doświadczeń. Marcin – główny bohater jest kontrapunktem dla tego szarego otoczenia, które przy okazji swojej pracy zaczyna coraz lepiej poznawać. I jak się okazuje nie wszystko wygląda tak jak widzą to przypadkowi ludzie.
Drobni pijaczkowie okazują się być ludźmi niezwykle honorowymi, w młodocianym złodziejaszku tkwi potencjał artystyczny, a właścicielka zakładu fryzjerskiego z pozoru twardo stąpająca po ziemi w głębi duszy okazuje się zagubioną i wrażliwą kobietą <niestety fatalnie dobierającą sobie partnerów życiowych>.
Praga utożsamiona zostaje z miejscem, dla którego zatrzymał się czas. Ludzie tu zamieszkujący żyją według własnych zasad, które w innych miejscach dawno nie mają prawa bytu, we wspólnocie, z którą wbrew pozorom można łatwo się zasymilować, wykazując odrobinę dobrej woli.:) Wszystkie postacie, mimo że oparte na stereotypach są bardzo wiarygodne, głównie dzięki aktorom.
Bo to właśnie aktorstwo stanowi o głównej sile “Rezerwatu”. Prawdziwy popis swoich umiejętności dała Sonia Bohosiewicz. Jej naturalność w połączeniu z talentem i temperamentem, zostały uhonorowane nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego. Uwagę zwracają także rdzenni mieszkańcy Pragi występujący w filmie – wiarygodni, bezpretensjonalni, zwykli a zarazem niezwykli ludzie.
“Rezerwat” wniósł do polskiej, zastygłej i ponurej kinematografii powiew świeżości.
Ciepły i optymistyczny film o odkrywaniu walorów w pozornie nieatrakcyjnych rzeczach.
12. “Chłopiec z latawcem” – czyli o przyjaźni ulotnej niczym latawiec ![]()
Reżyser filmu Marc Forster <znany m.in. z “Marzyciela”> zabiera nas w podróż do Afganistanu <rok 1975
>. To tutaj na przekór napiętym stosunkom między Pasztunami a Hazarami przyjaźnią się Amir i Hassan. Relacja między nimi nie jest prosta. Amir jest Pasztunem, synem zamożnego człowieka, Hassan – Hazarem, synem służącego. Pierwszy jest sunnitą, drugi szyitą. Te z pozoru niewidoczne różnice, zdeterminują w przywiązanej do tradycji afgańskiej społeczności losy obydwu chłopców. W tej przyjaźni to Hassan odgrywa prawdziwą rolę – na każdym kroku udowadnia swoją lojalność i przywiązanie, staje w obronie Amira, a w decydującym dramatycznym zresztą zajściu, poświęca samego siebie. Amir jest zdecydowanie słabszym ogniwem w tej przyjaźni. Nie potrafi przeciwstawić się nikomu, jest bezradny w kluczowych sytuacjach, jedynym wyjściem z opresji jest dla niego chowanie głowy w piach i udawanie, że nic się nie stało. Ucieka z miejsca zdarzenia, a wstyd, poczucie winy i świadomość, że zawiódł nie tylko zmuszą go do dość desperackiego i nieuczciwego czynu, ale zaciążą na jego dalszych losach. Tłem do chłopięcych utarczek staje się wojna – Afganistan najeżdżają Sowieci. Staje się ona kolejnym powodem, dla którego drogi chłopców bezpowrotnie się rozchodzą. Po latach wspomnienie o Hassanie powróci do Amira w najmniej spodziewanym momencie i w dość nietypowej formie. Tym razem jednak postara się nie zawieść i mimo początkowych oporów postanowi odkupić swoją winę i rozliczyć się z samym sobą. Film ogląda się z przyjemnością, choć gdzieś podświadomie jesteśmy w stanie przewidzieć co się wydarzy. Tym niemniej przepiękne zdjęcia <szczególnie sceny puszczania latawców>, nominowana do Oscara muzyka Alberto Iglesiasa z elementami afgańskiego folkloru, montaż i wiele innych czynników przemawia za jak najbardziej pozytywną oceną tego obrazu.
Ciekawym rozwiązaniem stało się nakręcenie filmu w jednym z języków Afganistanu, co pozwala poczuć specyfikę tego kraju.
Pomimo wielu uproszczeń jakich dopuścili się twórcy filmu podając wiele zawartych w nim ważnych przesłań w dość toporny sposób, “Chłopiec z latawcem” zasługuje na uwagę – bo poucza, nasuwa wiele przemyśleń, a poza tym jest niezwykle urokliwy i pełen emocji.
11. “Karmel” – czyli słodko-gorzkie rozmowy w salonie fryzjerskim ![]()
Film “made in Liban” okazał się sympatyczną i ciekawą niespodzianką pośród chaosu amerykańskich produkcji.
Mimo iż powstał w odległej nam kulturze, nie wywołuje nadmiernego szoku kulturowego.
Fabuła przybrana została w historie dość uniwersalne. Oto bowiem mamy salon fryzjerski, w nim 5 kobiet, a wraz z nimi 5 różnych historii, 5 odmiennych spojrzeń na temat miłości, cierpienia, samotności. Salon fryzjerski jest pewnego rodzaju azylem, do którego bohaterki uciekają przed światem zewnętrznym – rygorystycznym i upominającym się o swoje prawa. To tutaj mogą być sobą, zapominając o przypisanych im codziennych rolach. To między innymi silnie zakorzenione normy kulturowe stanowią dla libańskich kobiet poważne wyzwanie. Określają modele zachowań i społeczne role. Jednak bohaterki wspólnymi siłami, wspierając się nawzajem, każdorazowo próbują znaleźć jakiś “podziemny tunel”, którym można byłoby obejść mur zakazów i nakazów.
I w tej sile zjednoczenia tkwi właśnie ich moc.
Tytułowy karmel jest metaforą życia każdej z bohaterek – słodko-gorzkie a przy okazji bolesne. Przyjemność, ból, słodycz i cierpienie przenikają się wzajemnie. Siłą przedstawionych w filmie kobiet jest także optymizm i nadzieja, że droga jaką ostatecznie wybrały pozwoli odnaleźć im upragnione szczęście. Z filmu bije pozytywna energia i uwodzicielska moc, której trudno się oprzeć. Zatopione w ciepłych kolorach zdjęcia, delikatna i ujmująca muzyka Khaleda Mouzanara <od której osobiście się uzależniłam
> sprawiają, że jeszcze długo po seansie pozostajemy pod urokiem tej egzotycznej, lecz uniwersalnej opowieści.
10. “Pokuta” – czyli do czego prowadzi bujna wyobraźnia dziecka ![]()
Film o niespełnionej miłości, o kłamstwie które pociągnęło za sobą trzy tragedie, o wyobraźni która przełożona na rzeczywistość miała destrukcyjne działanie. Kilkunastoletnia Briony staje się świadkiem rozwijającego się uczucia pomiędzy jej siostrą Cecilią, a synem pokojówki Robbie’em. Gra jaką prowadzą między sobą młodzi kochankowie, przypadkiem przeczytany list, a następnie niedwuznaczna scena pomiędzy nimi, pozwalają puścić dziewczynce wodze wyobraźni i zostają odczytane przez jej delikatny dziecięcy umysł jako akt agresji. Dlatego kiedy później Briony stanie się świadkiem podobnego zdarzenia, uznanego oficjalnie jako gwałt, dziewczynka bez namysłu wskaże domniemanego winowajcę. Okaże się nim Robbie. W konsekwencji prowadzi to do rozdzielenia kochanków, a ich dalsze losy potoczą się na froncie II wojny światowej, oraz równolegle na kartkach książki autorstwa dorosłej już Briony. Historia w filmie rysuje się więc dwoma torami – jeden opowiedziany z punktu widzenia Cecilii, drugi z punktu widzenia Briony. Dla Briony ten jeden zły gest z przeszłości staje się piętnem na całe życie. Film jest “wielowarstwowy”, a to co w nim dojrzy oglądający zależy już tylko od jego własnej wrażliwości i przemyśleń. W każdym razie dostrzec można bezsprzecznie świetne aktorstwo, zdjęcia, scenariusz. Słychać też nagrodzoną Oscarem rewelacyjną ścieżkę dźwiękową autorstwa Dario Marianelli’ego, w której raz po raz przewija się dźwięk maszyny Briony – odgłos wciąż pisanej książki.
Scena ewakuacji Dunkierki na długo zapada w pamięć ,a towarzyszący jej utwór “Elegy for Dunkirk” wywołuje dreszcze.
Sceny tej nie warto opisywać – po prostu się nie da – trzeba ją zobaczyć, a przy okazji i cały film.
9. “American gangster” – czyli gangsta’s paradise
Film opowiada opartą na prawdziwych faktach historię. Przenosi nas w lata 70-te wprost do Harlemu, gdzie w mafijnym środowisku próbuje zaistnieć Frank Lucas <mistrzowska kreacja Denzela Washingtona>.
W dość krótkim czasie udaje mu się wyrobić wysoką pozycję w przestępczym światku, głównie za sprawą doskonałej <czystej i taniej> heroiny, którą dzięki znajomościom sprowadza z Wietnamu w trumnach żołnierzy. Lucas zdobywa fortunę i staje się najbardziej wpływowym narkotykowym bosem w Nowym Jorku. Na jego trop wpada jeden z mniej licznych wówczas uczciwych policjantów – Richie Roberts (w tej roli Russel Crowe). I jak to zwykle bywa, wraz ze specjalnie powstałą jednostką postanawia stawić czoła narkobiznesowi.
Jest to zasadniczo film o dwóch silnych osobowościach. Uwidocznione są przede wszystkim ich kontrapunkty. Frank Lucas – z jednej strony bezwzględny i brutalny gangster, z drugiej człowiek, dla którego ważne są wartości rodzinne. Richie Roberts z kolei to nienaganny, uczciwy policjant <który jak na złość otaczany jest przez skorumpowanych kolegów>. Niestety jego życie osobiste jest ruiną. Reżyser filmu Ridley Scott nie skupił się na wartkiej i efektownej akcji, na krwawych potyczkach i dlatego jego dzieło nieco odbiega od typowego gangsterskiego kina. I dobrze.
Przez większość filmu trzyma głównych bohaterów z dala od siebie, buduje napięcie, by w końcowej scenie doprowadzić do ich spotkania. I ta finałowa scena, pozbawiona właśnie typowych elementów kina akcji <nie ma strzałów, krwi, trup nie ściele się gęsto itp> jest w całym filmie najlepsza – ot taki deser z Denzelem i Russelem w rolach głównych.
Zaskakująca i satysfakcjonująca. Obaj panowie darzą się szacunkiem, ale każdy ma swoje zasady, których stara się trzymać. Do kompromisu jako takiego dochodzą, ale całość powoduje, że trudno nam jako odbiorcom opowiedzieć się po którejś ze stron. Trudno nawet ocenić czy bohaterowie należą do tych pozytywnych czy negatywnych.
Rozmowa obu panów jest doskonała i zapada na długo w pamięci.
Wszystkie elementy składają się na plusy tego filmu – świetną obsadę, ciekawą fabułę, zaskakujące zakończenie. Obraz zasługuje też na uwagę od strony realizacyjnej – scenografia, zdjęcia i muzyka doskonale oddają klimat środowiska mafijnego.
Po prostu film godny polecenia.
8. “Juno” – czyli film łamiące wszelkie schematy
Historia tytułowej bohaterki dotyczy coraz częściej spotykanego wśród dorastającej młodzieży problemu nazywanego przez jednych wpadką, przez innych niechcianą ciążą, lub też ciążą chcianą ale w późniejszym czasie.
Jak zwał tak zwał.
Wiadomo – burza hormonów gdzieś musi mieć swój upust, a gdzie o tym decyduje ich właściciel.
Waga problemu jaki został przedstawiony w filmie, w połączeniu ze sposobem w jaki podeszli do niego twórcy filmu, pozwolił im chyba uniknąć ostrej krytyki. Bohaterka została wyposażona w bardzo indywidualne cechy, oraz sprecyzowane podejście do świata, stąd wymyka się wszelkim schematom.
Nie da się więc ocenić jej jednoznacznie z perspektywy przeciętnej nastolatki.
Dziewczyna twardo stąpa po ziemi, ma własne zdanie i w sytuacji kryzysowej <bo tak można nazwać ów ciążę-niespodziankę> stwierdza stanowczo, że matką zostać nie chce. W końcu ma 16 lat, więc w głowie ma zupełnie inną wizję codziennej egzystencji – szkołę, przyjaciół, gitarowe brzmienia ulubionych zespołów.
Decyzja o oddaniu dziecka do adopcji okazuje się najsłuszniejszą z możliwych. Zaskakująco spokojnie wszelakie decyzje Juno przyjmuje jej ojciec i macocha. Nie ma miejsca na rozpacz, łamanie głowy, szarpanie, krzyki, pretensje, ściganie potencjalnego ojca, tudzież ostateczne wyklęcie z rodziny.
Fabuła w swoim zamierzeniu miała być odmienna od typowych dotychczas rozwiązań. Inaczej mielibyśmy do czynienia z ckliwym wyciskaczem łez, filmem z cyklu “okruchy życia”, lub ewentualnie patologicznym portretem społecznym.
Dzięki swojej oryginalności Juno zapada w pamięć, mimo iż nie należy do ambitnego, zapierającego dech w piersiach widowiska. Odznacza się natomiast błyskotliwymi dialogami, zaskakującym scenariuszem, dobrą grą aktorską, cudownie rozkoszną ścieżką dźwiękową i absolutną bezpretensjonalnością.
7.”Elegia” – czyli słów kilka o przemijaniu ![]()
Film ten nie jest ani historią romansu, ani erotycznym thrillerem lub innym tego typu gatunkiem. To opowieść o pięknie, które otwiera oczy, to studium późnej i prawdziwej miłości, w końcu to film o przemijaniu…. Osią fabuły jest kontrowersyjny romans profesora ze studentką. Psychoanalityczny portret wykładowcy Davida Kepesh’a został w filmie naszkicowany przez Bena Kingsley’a. Dowiadujemy się więc o jego młodości, nieudanym małżeństwie, którego owocem jest niepogodzony z odejściem ojca syn, o kobietach, które nieustannie goszczą w życiu profesora. Niezdolność do prawdziwej więzi emocjonalnej z drugą osobą dla człowieka podpisującego się pod hasłem seksualnego wyzwolenia <do takich należy Kepesh>, nie jest czymś nienaturalnym. Ale w życiu i tacy buntownicy zostają okiełznani i to w najmniej oczekiwanym momencie. Przekonał się o tym sam bohater poznając Consuellę Castillo <graną przez Penélope Cruz>. Ich związek opiera się na pięknie – on jest koneserem sztuki i kobiet, ona jest ucieleśnieniem jego ideału. Po jakimś czasie znajomość okazuje się jednak czymś więcej niż tylko przelotnym zauroczeniem. Erotyczna fascynacja Kepesha ciałem Consuelli przeradza się w miłość, obsjesję która nierozerwalnie związana jest z zazdrością, tęsknotą, desperackim pragnieniem bliskości. Zaczyna on dostrzegać, że Consuela pod ideałem piękna kryje także niezwykle ciekawą osobowość, ucziwość i dojrzałość emocjonalną. Świadomy tego, że czas nie stoi w miejscu, a jego okres świetności już minął, obawia się utraty fizycznej atrakcyjności, zejścia na drugi plan, tym bardziej, że młodość Consueli wciąż uzmysławia mu jego przemijalność. Opanowuje go lęk związany z więzią uczuciową i możliwością utraty tego na czym chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę mu zależy. Boi się odpowiedzialności i zaangażowania, co na jakiś czas niweczy ów sielankę. Powrót Consueli do jego życia okaże się dla profesora niezwykle ważną lekcją. Film balansuje gdzieś na pograniczu dramatu i romansu nie popadając przy tym w banał. Wymaga od widza skupienia i przemyślenia niektórych wątków. Ben Kingsley i Penélope Cruz dali prawdziwy filmowy koncert na dwa serca.
“Elegia” to nietuzinkowa opowieść o w gruncie rzeczy banalnej historii.:) Pozostawia w widzu pewien rodzaju żalu i ciszy…. Daje wiarę w istnienie i siłę prawdziwego uczucia.
6. “Ostrożnie, pożądanie” – czyli ostrożnie, Ang Lee
Reżyser filmu – Ang Lee w swojej żonglerce po gatunkach filmowych tym razem zainwestował w kino szpiegowskie przełamane nieco melodramatem.
Po raz kolejny jednak ukazuje nam niezwykłą emocjonalną więź pomiędzy bohaterami, a robi to jak zawsze w sposób niezwykle fascynujący, niejednoznaczny i nieco kontrowersyjny. Na tło historyczne, którym w “Ostrożnie, pożądanie” stały się okupowane przez Japończyków Chiny z przełomu lat 30-tych i 40-tych, reżyser nałożył pełną namiętności opowieść o kochankach z przeciwnych “obozów”. Kiełkujący w Szanghaju ruch oporu postanawia dokonać zamachu na kolaborującego z Japończykami urzędnika – pana Yee. Do tego celu wykorzystują swoją “tajną broń” jaką jest młoda i skromna wówczas studentka Wang. Jej zadanie polega na uwiedzeniu pana Yee, osłabieniu jego czujności, co znacznie ułatwi zlikwidowanie go przez młodych buntowników. Zadanie powierzone Wang miało ułatwić jej aktorstwo, z którym związana była zanim zaangażowała się w ruch patriotyczny. Z początku wypełnianie powierzonych jej zadań przychodzi dziewczynie z łatwością. Nie odczuwa żadnych emocji, gra – lecz już poza teatrem. Niestety nie wkalkulowała ona uczuć jakie po pewnym czasie zaczęły wkradać się w ów relację. Świat uczuć jaki Wang wykreowała na potrzeby swojej nowej roli stał się rzeczywistością. Od tej pory dziewczyna zaczyna się utożsamiać z graną przez siebie postacią. Poza tym ciągle ogarnięta jest wewnętrznym konfliktem – musi wybrać pomiędzy obowiązkiem wobec państwa, a osobistymi uczuciami. Fascynacja kochanków staje się jedynie punktem odniesienia do dalszych rozważań. Ang Lee dość dokładnie analizuje łączącą ich więź, przygląda się ich zachowaniom, nie boi się także dość odważnych scen erotycznych, a wszystko po to aby oddać naturę tej relacji – niepokojąco emocjonalnej, wręcz perwersyjnej. Idąc dalej tym tropem reżyser stawia wiele ważnych pytań w kwestii tożsamości, miłości, honoru, lojalności, …. Jak daleko można posunąć się w imię miłości do ojczyzny ? Czy w kwestii uczuć można beznamiętnie grać kogoś kim się nie jest ? Gdzie jest granica między dobrem a złem, kłamstwem i prawdą ? Zarówno Wang jak i pan Yee odnajdują we wspólnej relacji przestrzeń, wolność…. Poza nią są marionetkami w szponach historycznych realiów.
Film w piękny sposób ukazuje też tętniący życiem ówczesny Szanghaj. Doskonałe zdjęcia wydobywające niezwykłą elegancję i szykowność z prostych czynności, stylowa muzyka Alexandre Desplata, znakomite aktorstwo…. Ang Lee stworzył film wielu sprzeczności, kontrastów, w którym niewinność i piękno konfrontują się z erotyką i bezwzględnością. Reżyser kroczy konsekwentnie swoją odważną ścieżką, przekraczając raz po raz granice tabu i udowadniając swój niezwykły talent.
5. “Kochanice króla” – czyli Natalie Portman vs Scarlett Johansson
Film, który nie doczekał się wielu pochlebnych recenzji, w moim rankingu jednak znalazł miejsce. A to między innymi z tego względu, że mam słabość to filmów kostiumowych a ten do takich niewątpliwie należy. Oczywiście nie oznacza to, że podoba mi się każdy z tego gatunku, ale wychodząc z seansu ‘Kochanic króla” byłam naprawdę mile zaskoczona.
Film roztacza przyjemną aurę, mimo że z tłem historycznym można polemizować. Anglia, okres panowania Henryka VIII – w rodzinie królewskiej pojawia się problem braku męskiego potomka, co wykorzystuje podstępny książę Norfolku “podsuwając” królowi jedną ze swoich siostrzenic – Annę Boleyn (w tej roli świetna Natalie Portman). Przebojowość, oraz zbytnia pewność siebie młodej damy komplikują nieco plany i studzą zapał króla.
Na horyzoncie pojawia się natomiast druga z sióstr – mniej przebojowa, pokorna i dobroduszna Maria (Scarlett Johansson), która przykuwa uwagę króla.
Za zgodą ojca dziewcząt – nieudacznika przedkładającego pozycję społeczną ponad szczęście rodzinne, Maria wraz ze swoim ówczesnym mężem, oraz Anna jadą na dwór. Małżeństwo Marii nie stanowi przeszkody ani dla jej wujka, ani dla ojca, którzy bez skrupułów niweczą jej rodzinne plany aby uczynić z niej nałożnicę Henryka VIII. Od tej pory intryga goni intrygę, bowiem starsza siostra nie daje za wygraną.
Dwór królewski to miejsce, w którym intryga, podstęp, spryt i wyrachowanie zdominowały prawdziwe uczucie. To także element pożądania władzy za wszelką cenę wyklucza z wyścigu słabszych – pozbawia Marię szansy na pozostanie u boku Henryka. Jednak koniec końców to ona okaże się triumfatorką, bowiem jako jedyna pozostanie sobą.
Choć scenarzyści nieco przymknęli oko na chronologię wydarzeń i ramy czasowe jakie między nimi występowały to przyznać trzeba, że podziałało to na korzyść filmu. Realia XVI-wiecznej Anglii zostały jednak ukazane w wierny sposób.
Stosunki w jakie uwikłani byli ludzie dworu zamieniły ich w pionki w wyścigu o wpływy, władzę, pieniądze. Na pochwałę zasługują odtwórczynie głównych ról kobiecych. Natalie Portman dowiodła, że tkwi w niej niesamowity potencjał, Scarlett Johansson przypomniała o tym, że potrafi przeistoczyć się w niewinną i wstydliwą postać <znaną już m.in. z “Dziewczyny z perłą”>.
Zawiódł nieco Eric Bana, który przez większość czasu przemieszczał się na ekranie z miną pokerzysty.
Również aktorzy drugiego planu wypadają w tym filmie korzystnie.
Ogromnym atutem filmu są kostiumy, które przenoszą nas w XVI wiek, tworzą niezwykły klimat a przy okazji cieszą oko.
Wreszcie muzyka autorstwa Paula Cantelon’a, która kompletnie mnie oczarowała.
Choć filmowi można wiele zarzucić to faktem jest, że przedstawiona królewska intryga wciąga, a nieco naciągnięte tło historyczne da się przełknąć. Godny polecenia miłośnikom tego gatunku.
4. “Happy-go-lucky – czyli co nas uszczęśliwia” - czyli don’t worry be happy ![]()
Przyznać trzeba, że ten film to uniwersalne lekarstwo na wszelkiego rodzaju życiowe niepowodzenia. Podniesie na duchu i rozweseli niejednego ponuraka.
A wszystko za sprawą chodzącego ładunku optymizmu jakim jest główna bohaterka Poppy.
Ma 30 lat, pracuje w przedszkolu, nie ma męża ani chłopaka, mieszka razem ze swoją przyjaciółką. Z pozoru nie wyróżnia się z tłumu, no może poza dość specyficznym stylem ubierania, który zasadniczo odzwierciedla jej wolność i swobodę. Ale w tym tłumie Poppy jest dobrą wróżką, która czaruje swoim uśmiechem.
W pierwszej chwili można pomyśleć, że coś jest z nią nie tak – jej wieczny uśmiech, ubiór w większości przypadków sugerowałyby ekstremalny poziom roztargnienia, ADHD, lub podobne schorzenie.
I pewnie większość widzów pragnęła aby jakaś siła wyższa sprowadziła tą beztroską osóbkę na ziemię.
Bo przecież zazwyczaj jest tak, że ten kto zbyt długo cieszy się życiem, dostaje od niego porządnego kopa, co zmienia jego życiowe ścieżki na drogę samoumartwiania, narzekania i wiecznego niezadowolenia. Niestety mili państwo.
Bo Poppy doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że życie lekkie nie jest, wie że rządzą nim pewne zasady, ale mimo to podchodzi do niego z dużym dystansem.
To jej przemyślany wybór, a nie ograniczenie widzenia świata i jego problemów. Poppy jest niezwykle spostrzegawcza, a przy tym otwarta na ludzi i dzięki temu dostrzega ich problemy, które w miarę możliwości stara się rozwiązywać. Nie wszystko jednak czasem da się zmienić, lecz Poppy nie zamierza spędzać reszty życia płacząc nad rozlanym mlekiem, analizując sytuacje z różnych punktów widzenia, lub podejmując bezskuteczne próby naginania rzeczywistości.
Potrafi cieszyć się życiem. W opozycji do głównej bohaterki stoją jej umartwiająca się ciężarna siostra, a także ekscentryczny instruktor jazdy Scott…. Za wszelką cenę starają się oni sprowadzić na ziemię bujającą gdzieś ponad wszystkim Poppy. Niestety a właściwie stety ich wysiłki nie przynoszą skutku. Szczególnie wyrazistą postacią, z którą bohaterka konfrontuje się najczęściej jest ów instruktor (doskonała rola Eddiego Marsana) – człowiek śmiertelnie poważny, podejrzliwy do granic możliwości, do tego ksenofob i szowinista. Krótko mówiąc skrajnie ciężki przypadek.
Powtarzane przez niego “Enrahah” kierowcom utkwi w pamięci chyba na zawsze i przypomni się za każdym razem gdy spojrzą we wsteczne lusterko w samochodzie.
Zachowania Scotta kryją jego lęk przed otaczającym światem. Zderzenie tak różnych temperamentów i osobowości wzbogaca ten film w element pewnej dramaturgii, dynamiki. Choć w filmie brak jest wyraźnie nakreślonej fabuły, co przez niektórych może zostać uznane za dość kontrowersyjne posunięcie reżysera, to jednak całość jest istnym tchnieniem świeżości i radosnym przesłaniem dla wszystkich przytłoczonych codzienną szarością ludzi.
To akumulator pozytywnej energii i doskonała lekcja tego jak żyć a przy tym nie zwariować.
Zatem Enrahah !
3. “Ogród Luizy” – czyli o tym jak Leon zawodowiec pokochał Amelię
Kolejna perełka wyłaniająca się spośród zeszłorocznych polskich produkcji.
W filmie zgromadzono mnóstwo pozytywnej energii i swego rodzaju pogody ducha, że aż trudno się nadziwić, że autorzy żyją w naszej przytłaczającej rzeczywistości.
Reżyser Maciej Wojtyszko snuje bajkową opowieść o miłości prawie doskonałej.
Ona – Luiza – młoda, niezwykle wrażliwa dziewczyna, nierozumiana przez najbliższą rodzinę, która upatruje w jej odmienności chorobę psychiczną i kieruje ją na leczenie do zakładu. On – Fabio – młody, wpływowy, brutalny i bezwzględny gangster, który dla zapewnienia sobie mocnego alibi odsiaduje w tym samym zakładzie swoje “chorobowe”.
I to właśnie w tym dość nietypowym i mało romantycznym otoczeniu ich drogi się krzyżują. W konfrontacji z delikatną i bezradną Luizą, ów groźny typ spod ciemnej gwiazdy staje się swoim przeciwieństwem – jest ciepły, wyrozumiały i czuły. Luiza uruchamia w nim instynkt opiekuńczy, który z czasem przeradza się w uczucie… Dla niej ważne jest, że ktoś chce jej wysłuchać, nie neguje jej sposobu patrzenia na świat, nie bije…. To wystarczy…
Na oczach widzów rodzi się związek typu “piękna i bestia”.
Uwierzyć w to nader czyste uczucie możemy głównie za sprawą odtwórców głównych ról. Patrycja Soliman w niezwykle uroczy sposób ukazała niewinność i subtelność granej przez siebie postaci. Chwilami wręcz w hipnotyzujący widza sposób przekazuje paletę różnorodnych emocji. Jest naturalna i niezwykle wiarygodna. Marcin Dorociński w zależności od sytuacji przybiera dwa przeciwstawne oblicza, ale zarówno w roli gangstera jak i w roli niewinnie zakochanego jest wyrazisty i przekonujący.
Warto również wspomnieć o kreacjach drugoplanowych: Kinga Preis jako bezkompromisowa pani psycholog, Krzysztof Stroiński w roli ojca Luizy, Marcin Hycnar jako bezwzględny sanitariusz……wszyscy oni dodaja dobrej jakości temu obrazowi.
Do tego wszystkiego mamy scenariusz bogaty w błyskotliwe dialogi i zabawne sytuacje, świetną reżyserię, muzykę Jerzego Satanowskiego.
Efektem jest więc połączenie love story z filmem gangsterskim, z piękną i wdzięczną bajką zarazem, ukazującą świat takim jaki być powinien. Przede wszystkim jest to jednak opowieść o potrzebie zrozumienia innego człowieka, prawie do inności i poszanowaniu tych którzy ją przejawiają – tolerancji innymi słowy, na którą czasami trudno się zdobyć.
2. “Motyl i skafander” – czyli doskonale o triumfie ducha nad ciałem ![]()
Chyba każdy kto widział ten film, zgodzi się ze stwierdzeniem, że jest on absolutnie niezwykły. Nietypowy, charakterystyczny już od pierwszych chwil. Bo właśnie wtedy poddaje nas próbie dostosowania się do nienaturalnej w kinie formy. Nieostre, drżące obrazy wywołują w nas pewien sprzeciw, bo powodują dyskomfort, a po jakimś czasie nieco męczą. Ale tylko w ten sposób jesteśmy w stanie poczuć pewną więź z głównym bohaterem filmu. Jean-Dominique Bauby, bo o nim właśnie mowa, w jednej chwili stracił świadomość swojego ciała i możlwość jego kontrolowania. Wylew krwi do mózgu spowodował u niego “zespół zamknięcia”, gdzie całkowity paraliż ciała nie wpływa na funkcjonowanie mózgu, co pozwala mu widzieć, słyszeć, myśleć, wspominać, marzyć…..ale jego głos nie zabrzmi poza jego głową. Na świat patrzymy lewym okiem Jeana, słyszymy jego myśli, komentarze odnośnie obserwowanych sytuacji, dowcipy <często dość cięte
>. W momencie, w którym przyzwyczajamy się do zamknięcia w obrębie myśli i sposobu postrzegania świata przez Jeana, a sam bohater pogodzi się z faktem, że jest uwięziony we własnym ciele niczym w skafandrze, kamera ukaże nam tradycyjny, bardziej obiektywny obraz. Możemy więc obserwować Jeana-Dominique’a Bauby’ego z własnej perspektywy. Jego kontakt ze światem zewnętrznym musiał zostać zbudowany na nowo za pośrednictwem unikalnej metody – bohater konstruuje wyrazy za pomocą mrugnięcia powieki w trakcie żmudnego wypowiadania liter alfabetu przez terapeutkę Henriette. Normalna komunikacja zostaje więc zredukowana do gestu mrugania porównywalnego z trzepotem skrzydeł motyla. Szansą na zmaterializowanie myśli, emocji, refleksji na temat przeszłości było stworzenie książki – dowodu na istnienie wewnętrznego świata, który był w stanie przezwyciężyć barierę skafandra. Wbrew pozorom film ten nie należy do banalnych i ckliwych wyciskaczy łez. Jest prawdziwy. Brak tu patosu i moralizatorstwa. Bohater nie użala się nad sobą, nie przechodzi nagłej przemiany – jest nadal sobą. Przekazując wspomnienia na karty własnej książki odbudował je, dokonał ich oceny, a następnie ustalił nową hierarchię wartości, dzięki czemu zbliżając się do nieuchronnego odnalazł radość w pozornie nieistotnych drobiazgach. Kunszt operatorski Janusza Kamińskiego, świetne kreacje aktorskie, czynią z tego filmu niezwykłe dzieło niosące wiarę w ludzkie możliwości w obliczu najtrudniejszych przeciwności losu.
1. “Once” – czyli “a kiedy się zejdą raz i drugi kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością…” ![]()
Ogromna siła tego filmu tkwi w jego prostocie. Nakręcony za śmieszne pieniądze (zaledwie 130 tys euro), zagrany przez amatorów, absolutnie bezpretensjonalny i niezwykle urokliwy.
Ochów i achów mogłoby być w tym miejscu więcej, ale staram się opanować.
Historia opowiedziana w “Once” jest zwyczajna – dwoje młodych ludzi, których imion nie poznajemy do samego końca, spotykają się przypadkowo na zatłoczonej ulicy Dublina. Dzieli ich wiele, lecz jeszcze więcej łączy – przede wszystkim jest to wrażliwość muzyczna. Każde z nich niesie ze sobą spory bagaż życiowych doświadczeń, w których dominującą rolę pełni nieszczęśliwa miłość. Swoje uczucia – te przeszłe i te obecne, bohaterowie wyrażają właśnie poprzez muzykę. Piosenki przez nich śpiewane mają za zadanie nie tylko zilustrować ich historię, są one przede wszystkim pełnoprawnymi bohaterkami tego filmu. Trudno nie dać im się porwać, a kiedy ich delikatne dźwięki płyną z ekranu, ciarki przechodzą po plecach.
Zresztą dowodem na wyjątkowość tych kompozycji jest Oscar za utwór “Falling slowly”. Romans bohaterów toczy się przede wszystkim w muzyce, którą wspólnie tworzą. To ona jest wykładnikiem porozumienia dusz, wzajemnych emocji i uczuć. A kim są główni bohaterowie ? On (Glen Hansard)- gra i śpiewa na ulicach Dublina, oraz pomaga ojcu w naprawie odkurzaczy w małym przydomowym zakładzie. Ma za sobą nieudany związek. Ona (Markéta Irglova) – czeska emigrantka samotnie wychowująca dziecko, mieszkająca wraz z matką. Podobnych historii, w których bohaterowie zakochują się w sobie, lecz życiowe okoliczności stanowią przeszkodę dla rozwoju ich uczucia było już wiele. Świadomość ulotności wspólnych chwil jaka towarzyszy parze muzyków z “Once” nasuwa skojarzenia z filmem “Przed wschodem słońca”.
Ale bohaterowie tamtej opowieści zaszli jednak nieco dalej <tym niemniej przy okazji polecam zagłębić się w ich losy>.
Na czym więc polega fenomen “Once” ? Przede wszystkim na tym, że wszystko zbudowane jest w nim na naturalności, począwszy od sposobu kręcenia <naturalne oświetlenie, trzęsąca się chwilami kamera>, poprzez odtwórców głównych ról grających w dużej mierze samych siebie i wypadających przez to niezwykle wiarygodnie, a skończywszy na przepełnionych pasją i uczuciem piosenkach.
Od tradycyjnych romansów odróżnia “Once” platoniczność uczucia pomiędzy bohaterami. Jest ono wyjątkowe, a takie zdarza się tylko raz w życiu, ale poza zaangażowane w nie osobami są jeszcze nieistniejący w świadomości widza bohaterowie trzeciego planu, czyli osoby, które mimo całego zamieszania nie są obojętne dla głównych postaci w filmie. Nie mamy więc do czynienia z destrukcyjnym, zaślepiającym uczuciem, które zmienia zewnętrzny świat. Ono wzbogaca bohaterów od wewnątrz. “Once” mówi wiele bez zbędnych dialogów. Wymowę filmu odnaleźć można w gestach, spojrzeniach, piosenkach…. Nie ma tu miejsca na moralizatorstwo, objawianie odwiecznych prawd. Przemyślane przez reżysera zakończenie filmu nie definiuje ostatecznie losów bohaterów, jest otwarte i pozostawione do dalszej interpretacji widzom. Muzyka a zarazem inspiracja dla tego niezwykłego uczucia przetrwa na pewno….
“Once” to niezwykle urzekający film, po którym ogarnia człowieka radość i gama wszelkich innych odczuć o jak najbardziej pozytywnym zabarwieniu.
W tym w gruncie rzeczy niepozornym dziele kryje się siła, która nie pozwala o nim zapomnieć.
