19 września na polski rynek muzyczny odważnie i bezwstydnie “wkroczyła” najnowsza płyta Marii Peszek “Maria Awaria” i chyba zgodnie z tytułem wywołała ona awarię pośród wąskich horyzontów naszego społeczeństwa. Płyta jest bowiem istną seksmisją.
Przekracza granice do jakich dotąd polska muzyka nie dotarła.
Maria Peszek stwierdziła, że wykopała topór wojenny i trzeba przyznać, że zrobiła to w niebanalny sposób.
“Maria awaria” to album swobodny, hedonistyczny, erotyczny, ale wytykana przez większość erotyka nie pierwszy raz pojawiła się w twórczości artystki. Ot przybrała jedynie nieco inne, bardziej bezpośrednie oblicze.
Bo o ile w “Miastomanii” Maria śpiewała, że “nie ma czasu na seks, kochanie, pieprzoty, całowanie”, o tyle nowa płyta poświęcona została właśnie tym tematom.
Czas na wrażenia po przesłuchaniu płyty (w moim przypadku ilość przesłuchań składa się już pewnie z 3 cyferek).
A więc…, obrońcom moralnośći zapewne włosy stają dęba i więdną uszy.
Ale tekstom na płycie daleko od wulgarności. Artystka w genialny sposób bawi się słowem, skojarzeniami, doprawiając wszystko humorem. Jakby tego było mało, ów “pieprzne” teksty zostały wzbogacone w subtelnie jazzującą, delikatnie elektroniczną i balansującą chwilami na pograniczu chilloutu muzykę autorstwa Smolika, co jest kolejnym wielkim plusem.
Żeby jednak nie odbiegać za bardzo od stylistyki tej płyty, w tle nie brakuje szeptów, okrzyków i pomrukiwań.
Na płycie Maria prezentuje kolejne swoje odsłony: wciela się w polarnego misia, kurę domową oraz nimfo-Mańkę, preferującą życie w stereo, lub w dolby-surround.
Artystka kładzie nacisk na cielesność, co uwidacznia się w kilku piosenkach. “Ciało pielęgnuję, bo jest domem duszy i gdy mi jest dobrze, moja dusza mruczy” <”Hedonia”> , lub krytyczne podejście do rozpowszechnionego obrazu współczesnych kobiet “chudych długich i wysokich”, “bezzmarszczkowych”, “pielęgnacji wciąż oddanych, z samych siebie odessanych”, “opalonych, z wieku odsączonych” <”Kobiety pistolety”>.
Ona sama “metr pięćdziesiąt dwa, dziko rosnącego nieba’, “wierzy w ciała zmartwychwstanie, poprzez czułość, przez kochanie”.
Płyta niesie ze sobą także nieco feministyczny wydźwięk, czyli obraz wyzwolonej kobiety, pozwalającej sobie na bezwstydne przyjemności a nie tylko bycie kurą domową.
Maria Peszek, podobnie jak Agnieszka Chylińska czy Kasia Nosowska, należy do ginących przykładów osobowości w naszym kraju – charyzmatycznej, oryginalnej, wyrazistej. Zdecydowanie odbiega od zalewającego polską muzykę niskiego pułapu mdłych wokalistek tudzież zespołów, śpiewających rzewne piosnki o miłości, zdradzie, wiecznym przygnębieniu i ocieraniu łez po rozstaniu.
Idzie własną drogą, wie czego chce, nie boi się o tym mówić. Jej twórczość skierowana jest do określonej grupy odbiorców, którzy poprawnie zrozumieją zawarty w tekstach humor, dystans jaki artystka ma do siebie i otaczającego świata. Dla tych którzy na “słowo seks <…odezwał się Reks”>, wzwód, łono itp nie będą zatykali uszu i oblewali się rumieńcem niczym dzieci <choć w dzisiejszych czasach są już zapewne z nimi zaznajomione>.
Tym, którym taka “polityka” się nie podoba słuchać przecież nie muszą.
Maria w odbiorców swojej twórczości wierzy: “- Ludzie są o wiele bardziej inteligentni i otwarci niż decydenci, mówiący, co wolno puszczać w telewizji albo radiu.”
“Maria awaria” to sprzeciw dla tematów tabu, nakazów, zakazów, mentalnych kagańców. Stanowi pewnego rodzaju zakazany owoc, a ten jak wiadomo kusi.
Tym, którzy ulegli pokusie i którym posmakował – wyjdzie na zdrowie <warto wspomnieć, że płyta pokryła się już platyną więc zadowolonych może być 30 tysięcy osób>. Dla tych dla których “Maria awaria” okazała się ciężkostrawnym produktem, żeby pozbyć się ów “trucizny” polecić należy przeczyszczający, wieloskładnikowy koktajl ot np. z Patrycji Markowskiej + Feel + Dody + Gosi Andrzejewicz.
W razie braku efektów składników można dodać więcej <a jest z czego wybierać>
, ale przypadkiem nie konsultujcie się przy tym z farmaceutą.
