Bezwstydnej Marii udana awaria :)

19 września na polski rynek muzyczny odważnie i bezwstydnie “wkroczyła” najnowsza płyta Marii Peszek “Maria Awaria” i chyba zgodnie z tytułem wywołała ona awarię pośród wąskich horyzontów naszego społeczeństwa. Płyta jest bowiem istną seksmisją. ;) Przekracza granice do jakich dotąd polska muzyka nie dotarła. :) Maria Peszek stwierdziła, że wykopała topór wojenny i trzeba przyznać, że zrobiła to w niebanalny sposób. ;)

“Maria awaria” to album swobodny, hedonistyczny, erotyczny, ale wytykana przez większość erotyka nie pierwszy raz pojawiła się w twórczości artystki. Ot przybrała jedynie nieco inne, bardziej bezpośrednie oblicze. ;) Bo o ile w “Miastomanii” Maria śpiewała, że “nie ma czasu na seks, kochanie, pieprzoty, całowanie”, o tyle nowa płyta poświęcona została właśnie tym tematom. :)

Czas na wrażenia po przesłuchaniu płyty (w moim przypadku ilość przesłuchań składa się już pewnie z 3 cyferek). ;) A więc…, obrońcom moralnośći zapewne włosy stają dęba i więdną uszy. ;) Ale tekstom na płycie daleko od wulgarności. Artystka w genialny sposób bawi się słowem, skojarzeniami, doprawiając wszystko humorem. Jakby tego było mało, ów “pieprzne” teksty zostały wzbogacone w subtelnie jazzującą, delikatnie elektroniczną i balansującą chwilami na pograniczu chilloutu muzykę autorstwa Smolika, co jest kolejnym wielkim plusem. ;) Żeby jednak nie odbiegać za bardzo od stylistyki tej płyty, w tle nie brakuje szeptów, okrzyków i pomrukiwań. ;)

Na płycie Maria prezentuje kolejne swoje odsłony: wciela się w polarnego misia, kurę domową oraz nimfo-Mańkę, preferującą życie w stereo, lub w dolby-surround. ;) Artystka kładzie nacisk na cielesność, co uwidacznia się w kilku piosenkach. “Ciało pielęgnuję, bo jest domem duszy i gdy mi jest dobrze, moja dusza mruczy” <”Hedonia”> , lub krytyczne podejście do rozpowszechnionego obrazu współczesnych kobiet “chudych długich i wysokich”, “bezzmarszczkowych”, “pielęgnacji wciąż oddanych, z samych siebie odessanych”, “opalonych, z wieku odsączonych” <”Kobiety pistolety”>. :) Ona sama “metr pięćdziesiąt dwa, dziko rosnącego nieba’, “wierzy w ciała zmartwychwstanie, poprzez czułość, przez kochanie”. ;)

Płyta niesie ze sobą także nieco feministyczny wydźwięk, czyli obraz wyzwolonej kobiety, pozwalającej sobie na bezwstydne przyjemności a nie tylko bycie kurą domową. :)

Maria Peszek, podobnie jak Agnieszka Chylińska czy Kasia Nosowska, należy do ginących przykładów osobowości w naszym kraju – charyzmatycznej, oryginalnej, wyrazistej. Zdecydowanie odbiega od zalewającego polską muzykę niskiego pułapu mdłych wokalistek tudzież zespołów, śpiewających rzewne piosnki o miłości, zdradzie, wiecznym przygnębieniu i ocieraniu łez po rozstaniu. :P Idzie własną drogą, wie czego chce, nie boi się o tym mówić. Jej twórczość skierowana jest do określonej grupy odbiorców, którzy poprawnie zrozumieją zawarty w tekstach humor, dystans jaki artystka ma do siebie i otaczającego świata. Dla tych którzy na “słowo seks <…odezwał się Reks”>, wzwód, łono itp nie będą zatykali uszu i oblewali się rumieńcem niczym dzieci <choć w dzisiejszych czasach są już zapewne z nimi zaznajomione>. :) Tym, którym taka “polityka” się nie podoba słuchać przecież nie muszą. :) Maria w odbiorców swojej twórczości wierzy: “- Ludzie są o wiele bardziej inteligentni i otwarci niż decydenci, mówiący, co wolno puszczać w telewizji albo radiu.”

“Maria awaria” to sprzeciw dla tematów tabu, nakazów, zakazów, mentalnych kagańców. Stanowi pewnego rodzaju zakazany owoc, a ten jak wiadomo kusi. ;) Tym, którzy ulegli pokusie i którym posmakował – wyjdzie na zdrowie <warto wspomnieć, że płyta pokryła się już platyną więc zadowolonych może być 30 tysięcy osób>. Dla tych dla których “Maria awaria” okazała się ciężkostrawnym produktem, żeby pozbyć się ów “trucizny” polecić należy przeczyszczający, wieloskładnikowy koktajl ot np. z Patrycji Markowskiej + Feel + Dody + Gosi Andrzejewicz. ;) W razie braku efektów składników można dodać więcej <a jest z czego wybierać> :P , ale przypadkiem nie konsultujcie się przy tym z farmaceutą. :D

Maria Awaria

Me and the Night and the Music :)

Pogoda za oknem niezbyt zachęcająca do wychodzenia z przytulnych “czterech ścian”. :) Ale mimo wszystko poniedziałkowy wieczór <inaugurujący mój tegoroczny “koncertowy sezon”> a także wczorajszy, były warte każdego przysłowiowego “zachodu”. :)

Koncerty mimo, że skrajnie różne to jednak jednakowo ciepłe, niosące ze sobą niezwykły ładunek energetyczny….pochłaniające bez reszty….

Wieczór poniedziałkowy wypełniła cudowna muzyka Justyny Szafran, która rozbrzmiewała w kawiarni “Pod Pretekstem”. Oj potrzebna była mi taka dawka muzycznej energii na początek roku <jakby nie było to w końcu jeszcze styczeń… :) >. Energii przekazanej najpełniej jak tylko można. ;) Niesamowita atmosfera cudownego śpiewu, akordeonu, kontrabasu, fortepianu i smyczków pozwoliła zapomnieć o lejącym deszczu, niskiej temperaturze, nadchodzących dniach i związanych z nimi problemach mniejszych lub większych. :) Pozwoliła odbyć podróż przez Buenos Aires (“Maria de Buenos Aires”, “Umrzeć w Buenos”), dalej taksówką “gdzie pan chce”, “dalej, dalej” (“Taxi”), przez “Tomaszów”, aż w końcu zatrzymać się “gdzieś daleko na krańcach” w małych miasteczkach gdzie “nic nie huczy, nie buczy, nie trąbi, nie jedzie” i tylko w święta odpustowe “śpiewają trąby, romby, ratatata”. ;) Piosenki na przemian spokojne i bardziej żywiołowe nie pozwalały się nudzić, zresztą ich teksty były godne jak największej uwagi…. Spontaniczność i lekkość z jaką Justyna Szafran snuła opowiastki między piosenkami nadały koncertowi bardzo luźnej i nieskrępowanej atmosfery. :) Z drugiej strony zaskakiwała Ona niesłychaną rozpiętością skali swojego barwnego i mocnego głosu, a także sposobem inscenizowania ów głosem scenek rodzajowych. :) Dodatkową “niespodzianką” były zaśpiewane przez aktorkę utwory Edith Piaf – jeden w wersji francuskiej, drugi natomiast był polską interpretacją przeboju francuskiej pisoenkarki i pochodził ze sztuki teatralnej “Piaf”, w której główną i niezapomnianą dla mnie rolę zagrała Justyna Szafran. Niezwykłe…;)

Wczorajszy koncert odbył się w nieco innej i już mniej kameralnej atmosferze. Mimo wszystko wywarł tak samo mocne wrażenie jak poprzedni. :) Mowa o występie Agi Zaryan, który miał miejsce w klubie Blue Note. Moja ciekawość tego koncertu była ogromna z uwagi na to, że płyty Agi mam już przesłuchane “wzdłuż i wszerz” <z wyjątkiem “Umiera piękno” – co postanowiłam w najbliższym czasie nadrobić :) > i chciałam usłyszeć ten niezwykły głos na żywo, a poza tym w zeszłym roku okazja wybrania się na Jej koncert przeszła mi koło nosa ze względu na jakieś zaliczenia. Tak jak przypuszczałam – na żywo brzmi Ona tak nieskazitelnie i cudownie jak na płycie a może nawet lepiej, biorąc pod uwagę nieco zmienione aranżacje niektórych utworków i bardziej swobodne ich wykonanie. :) Myślę sobie nawet, że tak popularne porównywanie Agi do Diany Krall nie jest trafne, gdyż w muzyce polskiej wokalistki jest o wiele więcej świeżości, więcej motywów swingujących, chwilami więcej energii niż w przypadku Krall. Ma Ona swój wypracowany własny styl, który wyróżnia Ją na tle innych jazzowych wokalistek..:) Dużo w nim uczuć: namiętności, wrażliwości,…a wszystko to przekazane za pomocą minimalnej ilości środków. Brak tu muzycznych udziwnień, wariacji, ornamentów. Owszem głos obie panie mają podobny ale zdecydowanie bardziej wolę ten z polskimi korzeniami.;) Na koncercie mocny i jednocześnie ciepły głos Agi oczarował i zahipnotyzował publiczność <ku mojemu zdumieniu większość pohamowała się od rozmów, które na niektórych koncertach w tym klubie są nieco irytujące>. Usłyszeć można było prawie wszystkie utworki z płyty “Picking up the pieces” i jeden z płyty “My lullaby” <”You and the night and the music”> . Standardy jazzowe Gershwina (“The man I love”), czy Ellingtona (“Sophisticated lady”) w interpretacji Agi brzmiały doskonale. Wprost niebywała jest lekkość, swoboda i precyzja językowa wokalistki. Z każdym wykonanym utworem w stronę publiczności płynęły masy ciepła, które pod koniec koncertu otuliły wszystkich tak mocno, że aż szkoda było zrzucać w końcu to ciepłe muzyczne futerko i wrócić do chłodnej rzeczywistości. Dlatego Aga wraz z zespołem obdarowała nas jeszcze dwoma cieplutkimi bisami.;) Utwory “Throw it away”, “Woman’s work”, “The man I love”, “Suzanne”, “Here’s to life” i “It might as well be spring” dosłownie wywoływały dreszcze.:) Nastrojowe duety Agi z kontrabasem lub gitarą na długo zapadną w pamięci każdego kto miał okazję usłyszeć je na żywo – bezcenne. :)

Na jednym jak i na drugim koncercie unoszące się dźwięki pochłaniały mnie i przenosiły w zupełnie “inny świat”. Świat bogaty w paletę subtelnych i ciepłych brzmień, w którym oddycha się każdą płynącą nutą, w którym czuje się muzykę całą swoją osobą,w którym chłonie się ją niczym gąbka, w którym wypełnia ona puste przestrzenie duszy i serca, daje satysfakcje i przynosi ukojenie. Zatopiłam się w nim na kilka godzin, jakże błogich…. mogłyby trwać w nieskończoność…………

Po takich przeżyciach –> “Little by little I’m pulling myself together….” :)