Pogoda za oknem niezbyt zachęcająca do wychodzenia z przytulnych “czterech ścian”.
Ale mimo wszystko poniedziałkowy wieczór <inaugurujący mój tegoroczny “koncertowy sezon”> a także wczorajszy, były warte każdego przysłowiowego “zachodu”.
Koncerty mimo, że skrajnie różne to jednak jednakowo ciepłe, niosące ze sobą niezwykły ładunek energetyczny….pochłaniające bez reszty….
Wieczór poniedziałkowy wypełniła cudowna muzyka Justyny Szafran, która rozbrzmiewała w kawiarni “Pod Pretekstem”. Oj potrzebna była mi taka dawka muzycznej energii na początek roku <jakby nie było to w końcu jeszcze styczeń…
>. Energii przekazanej najpełniej jak tylko można.
Niesamowita atmosfera cudownego śpiewu, akordeonu, kontrabasu, fortepianu i smyczków pozwoliła zapomnieć o lejącym deszczu, niskiej temperaturze, nadchodzących dniach i związanych z nimi problemach mniejszych lub większych.
Pozwoliła odbyć podróż przez Buenos Aires (“Maria de Buenos Aires”, “Umrzeć w Buenos”), dalej taksówką “gdzie pan chce”, “dalej, dalej” (“Taxi”), przez “Tomaszów”, aż w końcu zatrzymać się “gdzieś daleko na krańcach” w małych miasteczkach gdzie “nic nie huczy, nie buczy, nie trąbi, nie jedzie” i tylko w święta odpustowe “śpiewają trąby, romby, ratatata”.
Piosenki na przemian spokojne i bardziej żywiołowe nie pozwalały się nudzić, zresztą ich teksty były godne jak największej uwagi…. Spontaniczność i lekkość z jaką Justyna Szafran snuła opowiastki między piosenkami nadały koncertowi bardzo luźnej i nieskrępowanej atmosfery.
Z drugiej strony zaskakiwała Ona niesłychaną rozpiętością skali swojego barwnego i mocnego głosu, a także sposobem inscenizowania ów głosem scenek rodzajowych.
Dodatkową “niespodzianką” były zaśpiewane przez aktorkę utwory Edith Piaf – jeden w wersji francuskiej, drugi natomiast był polską interpretacją przeboju francuskiej pisoenkarki i pochodził ze sztuki teatralnej “Piaf”, w której główną i niezapomnianą dla mnie rolę zagrała Justyna Szafran. Niezwykłe…;)
Wczorajszy koncert odbył się w nieco innej i już mniej kameralnej atmosferze. Mimo wszystko wywarł tak samo mocne wrażenie jak poprzedni.
Mowa o występie Agi Zaryan, który miał miejsce w klubie Blue Note. Moja ciekawość tego koncertu była ogromna z uwagi na to, że płyty Agi mam już przesłuchane “wzdłuż i wszerz” <z wyjątkiem “Umiera piękno” – co postanowiłam w najbliższym czasie nadrobić
> i chciałam usłyszeć ten niezwykły głos na żywo, a poza tym w zeszłym roku okazja wybrania się na Jej koncert przeszła mi koło nosa ze względu na jakieś zaliczenia. Tak jak przypuszczałam – na żywo brzmi Ona tak nieskazitelnie i cudownie jak na płycie a może nawet lepiej, biorąc pod uwagę nieco zmienione aranżacje niektórych utworków i bardziej swobodne ich wykonanie.
Myślę sobie nawet, że tak popularne porównywanie Agi do Diany Krall nie jest trafne, gdyż w muzyce polskiej wokalistki jest o wiele więcej świeżości, więcej motywów swingujących, chwilami więcej energii niż w przypadku Krall. Ma Ona swój wypracowany własny styl, który wyróżnia Ją na tle innych jazzowych wokalistek..:) Dużo w nim uczuć: namiętności, wrażliwości,…a wszystko to przekazane za pomocą minimalnej ilości środków. Brak tu muzycznych udziwnień, wariacji, ornamentów. Owszem głos obie panie mają podobny ale zdecydowanie bardziej wolę ten z polskimi korzeniami.;) Na koncercie mocny i jednocześnie ciepły głos Agi oczarował i zahipnotyzował publiczność <ku mojemu zdumieniu większość pohamowała się od rozmów, które na niektórych koncertach w tym klubie są nieco irytujące>. Usłyszeć można było prawie wszystkie utworki z płyty “Picking up the pieces” i jeden z płyty “My lullaby” <”You and the night and the music”> . Standardy jazzowe Gershwina (“The man I love”), czy Ellingtona (“Sophisticated lady”) w interpretacji Agi brzmiały doskonale. Wprost niebywała jest lekkość, swoboda i precyzja językowa wokalistki. Z każdym wykonanym utworem w stronę publiczności płynęły masy ciepła, które pod koniec koncertu otuliły wszystkich tak mocno, że aż szkoda było zrzucać w końcu to ciepłe muzyczne futerko i wrócić do chłodnej rzeczywistości. Dlatego Aga wraz z zespołem obdarowała nas jeszcze dwoma cieplutkimi bisami.;) Utwory “Throw it away”, “Woman’s work”, “The man I love”, “Suzanne”, “Here’s to life” i “It might as well be spring” dosłownie wywoływały dreszcze.:) Nastrojowe duety Agi z kontrabasem lub gitarą na długo zapadną w pamięci każdego kto miał okazję usłyszeć je na żywo – bezcenne.
Na jednym jak i na drugim koncercie unoszące się dźwięki pochłaniały mnie i przenosiły w zupełnie “inny świat”. Świat bogaty w paletę subtelnych i ciepłych brzmień, w którym oddycha się każdą płynącą nutą, w którym czuje się muzykę całą swoją osobą,w którym chłonie się ją niczym gąbka, w którym wypełnia ona puste przestrzenie duszy i serca, daje satysfakcje i przynosi ukojenie. Zatopiłam się w nim na kilka godzin, jakże błogich…. mogłyby trwać w nieskończoność…………
Po takich przeżyciach –> “Little by little I’m pulling myself together….”