100 lat “Ani z Zielonego Wzgórza”

20 czerwca 2008 minęło dokładnie 100 lat od wydania powieści Lucy Maud Montgomery “Ania z Zielonego Wzgórza”. Zacny to jubileusz stąd też hucznie obchodzono go na całym świecie. :) Nic dziwnego – jak wiadomo książka odniosła ogromny sukces. W ciągu sześciu lat od “premiery” ukazało się 37 wydań . Dziś znana jest m.in. w językach: francuskim, hebrajskim, duńskim, słowackim, norweskim, portugalskim, koreańskim, hiszpańskim.

Nie pamiętam dokładnie kiedy ta książka wpadła mi po raz pierwszy w ręce ale pamiętam, że zabrałam ją bratu, kiedy zakończył przerabianie jej w szkole. :) Pewnie było to w granicach 2 klasy podstawówki, kiedy błogie dzieciństwo pozwalało bujać w obłokach a postrzegana przeze mnie rzeczywistość miała wszystkie kolory tęczy. ;) Książki czytałam wtedy w ogromnych ilościach, więc każda nowa i pachnąca, była źródłem niezwykłego entuzjazmu i przyjemności płynącej z pochłaniania szeregu l i t e r e k, słów i zdań “osiadłych” na kolejnych stronicach. :) Rolę żelaznej pozycji na mojej ówczesnej półce z książkami pełniły wówczas “Dzieci z Bullerbyn” – zresztą nawet dzisiaj ich znaczenie wśród innych mniej lub bardziej poważnych dzieł nie zmalało. ;)

Któregoś pięknego dnia pojawiła się dla nich konkurencja w postaci 300 stronicowej książki, w zielono-brązowej okładce z wizerunkiem rudowłosej dziewczynki siedzącej na ławce na dworcu kolejowym. Na środku widniał tytuł “Ania z Zielonego Wzgórza”. ;) No cóż, już po pierwszym przeczytaniu ta książka mnie urzekła. ;) Stanowiła i stanowi nadal niesamowity ładunek optymizmu, odskocznię od codzienności, receptę na wszystkie smutki. ;) Dodatkowym bodźcem do mojego nieustannego obcowania z przygodami Ani było posiadanie kaset magnetofonowych z nagraniem słuchowiska radiowego “Ania…….”. Zostało ono przygotowane przez Naczelną Redakcję Programów dla Dzieci i Młodzieży i Teatr Polskiego Radia. Uhonorowane m.in. I nagrodą Polskiego Radia w kategorii słuchowisk roku 1979 <29 lat jak się patrzy>. :) 5 najczęściej przeze mnie słuchanych kaset. Udział w tym słuchowisku wzięli m.in Anna Romantowska <jako dorosła Ania Shirley> i Franciszek Pieczka <jako Mateusz Cuthbert>. Kasety przetrwały próbę czasu i nadmiernego użytkowania i są nadal przeze mnie “maglowane” . Najlepsze “lekarstwo” na chandrę. :) Dialogi po setnym przesłuchaniu chyba same się zakorzeniły w pamięci, więc nawet przy braku dostępu do źródła, przypomnieć je sobie nie jest problemem. ;)

Według mnie niezwykłość tej książki kryje się w wiarygodności, niepowtarzalności i uroku głównej bohaterki. Osierocona rudowłosa dziewczynka udowadnia że życie ma więcej barw niż może się komukolwiek wydawać. Dostrzega rzeczy, na które nikt nie zwraca uwagi.

Z pewnością czytelniczki “Ani…” próbowały i próbują odnaleźć w niej cząstkę siebie <nie inaczej było i nadal jest ze mną> poniżej nastąpi więc mała próba utożsamienia mnie z ów bohaterką. :D Chyba za chwilę sama się zdziwię.:D

- wyobraźnia – dziękuję ma się dobrze ale w porównaniu do Ani chyba dopiero raczkuje :D

- “otchłań rozpaczy” – zdarza się czasami i wtedy także “coś staje w gardle i nie można nic przełknąć, nawet czekoladki” :P

- skłonność do robienia rzeczy szalonych i ryzykownych – wprawdzie nie spacerowałam jeszcze po dachu jak Ania, ale parę ryzykownych pomysłów już mam na koncie :D i to zapewne nie koniec :D

- podejmowanie decyzji pod wpływem chwili – nie ufarbowałam włosów na “wściekły” kolor i nie zamierzam, na pomysł o zaprzestaniu chodzenia do szkoły też nie wpadłam, ale kilka spontanicznych decyzji podjęłam choć nie zawsze pociągały za sobą tak drastyczne konsekwencje jak w przypadku Ani :D

- “w geometrii nie ma absolutnie pola do wyobraźni” – zgadzam się w 100 % :D

- “…prawie zawsze można się z czegoś cieszyć…” – podpisuję się pod tą zasadą :) ja się cieszę nader często :D

- “zawsze przykro, kiedy się coś przyjemnego kończy. Wprawdzie potem może się zdarzyć coś jeszcze milszego, ale nigdy nie jest się tego pewnym, a tak często się zdarza, że to coś wcale nie jest przyjemniejsze” i tu również się zgadzamy – pożegnania i wszystkie tego typu zdarzenia nie są dla mnie :P

- “Czy to nie przyjemnie wiedzieć, że jest tak dużo rzeczy, które jeszcze poznamy? To właśnie sprawia, że ja się tak cieszę życiem… Świat jest taki ciekawy… Nie byłby taki ani w połowie, gdybyśmy wszystko o wszystkim wiedzieli, prawda?” – co prawda to prawda – ciekawość <nie mylić ze wścibstwem >, w odpowiednich proporcjach wcale nie jest pierwszym stopniem do piekła :P

- “Jakże się cieszę, że żyję na świecie, w którym istnieje październik !” – ja też, a powodów mam kilka. Najważniejszy to chyba ten, że właśnie w październiku przyszłam na świat. :D Drugi współtowarzyszący – jesień – przepych barw, zapach liści, kasztanki i słoneczko, które wtedy już tak nie doskwiera….uwielbiam :)

- “Bywają chwile, że z przykrością myślę o tym, iż nie jestem wzorowa, ale przecież ciągle postanawiam zostać nią w przyszłości. Nieraz trudno jest dotrzymać postanowień, bo zdarza się, że nawiedzają nas nieprzezwyciężone pokusy, ale teraz postaram się zrobić jeszcze większy wysiłek.:) Nic dodać nic ująć – cała ja. Co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro / pojutrze/ w najbliższej przyszłości* (* niepotrzebne skreślić). :p Ale staram się to zmienić. :P

To tyle porównań. :P Z zauważalnych różnic – gadułą w przeciwieństwie do Ani nie jestem. :D

“Anię….” czytałam i słuchałam niezliczoną ilość razy. I robię to nadal. Za każdym razem z radością odkrywam punkt widzenia tej niepospolitej, skromnej osóbki, zatapiam się w jej marzeniach, w jej magicznym kolorowym świecie z “Jeziorem Lśniących Wód, Królową Śniegu” i innymi, na co dzień pospolitymi rzeczami, które dzięki niej zyskiwały duszę.

Tak długo, jak długo będę ją czytała i jak długo pozostanie ona dla mnie tą najważniejszą wśród innych “ważnych” książek, będę mogła odnaleźć w sobie tą 8-9 letnią dziewczynkę, którą byłam kiedyś, bujającą w obłokach i postrzegającą rzeczywistość we wszystkich kolorach tęczy. :)

P.S

Poniżej okładka pierwszego wydania “Ani z Zielonego Wzgórza”. :)

Okładka pierwszego wydania \

“To już jest koniec….

…nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść”. :) Nasza ostatnia iskra nadziei zgasła. Polska kadra pożegnała się z Euro 2008. Szkoda tylko, że w tak fatalnym stylu. :( A miało być tak pięknie…

Liczyliśmy na cud, bo taki przecież od czasu do czasu, raz na tysiąc lat ma miejsce. Ale tym razem w Klagenfurcie się nie zdarzył. Do tego cudu potrzebne było oprócz szczypty wysiłku Austriaków w meczu z Niemcami, nasze zwycięstwo. Ba ! żeby mieszanka cudotwórcza była jeszcze bardziej wybuchowa, musieliśmy wygrać wysoko.

Już samo hasło ‘wygrana’ okazało się dla nas w tym turnieju nieosiągalne. Do niej potrzebni są zawodnicy rozumiejący się na boisku, wykazujący wolę walki, nie bojący się ofensywy. Tych czynników i zapewne jeszcze wielu innych w naszej grze zabrakło. Może nie przez całe 90 minut poszczególnych spotkań, bo zdarzały się przebłyski i ładniejsza gra. Ale to było stanowczo za mało jak na poziom europejskiej piłki. Za mało by pokonać nawet rezerwowy skład Chorwacji.

W ostatnim meczu, po raz kolejny najwięcej wykrzesał z siebie Artur Boruc, który niczym ośmiornica wyciągał ręce i nogi we wszystkie strony. :D A co robiła pozostała część drużyny ? Wydawało się, że początek meczu z Austrią był szczytem naszego beztalencia. Surprise !!! – w meczu z Chorwacją mogliśmy zobaczyć jeszcze gorszy obraz polskiego futbolu. :D Krzynówek bramkę widział chyba na trybunach bo tam najczęściej i z uporem posyłał piłkę. Lewandowski błąkał się po boisku bez celu. Murawski chyba nie bardzo wiedział co zrobić z piłką, w każdym razie głównie ją tracił. Smolarkowi przydało się chyba spojrzenie na mecz z perspektywy ławki rezerwowych bo w drugiej połowie próbował coś zdziałać. Roger też obudził się po pierwszych 45 minutach. :)

Gdzie się podziała drużyna, która zdobyła komplet punktów w eliminacjach do Euro, która pokonała Portugalię, nad którą wszyscy piali z zachwytu ?

Po 3 meczach w tym turnieju można odnieść wrażenie, że tą i tamtą ekipę dzieli ogromna przepaść.

Aspiracji do zwycięstwa na tych mistrzostwach chyba nikt nie miał <patrząc na grę np takiej Holandii, na aż tyle liczyć trudno>, ale o wyjście z grupy można było powalczyć. Niestety nasza “walka” zakończyła się 1 strzeloną bramką <ze spalonego, ale co tam :) >, 1 punktem, 4 bramkami straconymi i 4 miejscem w grupie <jak wiadomo 4 równa się ostatnie>. :)

Oczywistym jest, że każdy będzie próbował znaleźć kozła ofiarnego, na którego będzie można zrzucić wszelkie winy, na którego będzie można ponarzekać, któremu wszyscy będą wytykać błędy i udzielać “fachowych” wskazówek. :D Po meczu z Austrią kozłem ofiarnym został sędzia Webb, ale jak się przekonaliśmy za dużo dzięki temu nie osiągnęliśmy, bowiem Webb ma się dobrze, sędziuje dalej, co więcej nie przejął się nawet groźbą “śmierci” ze strony premiera Tuska. :D

Na kogo teraz ponarzekamy ??? Krzynówek, Jop, Smolarek ??? Oni mogą powtórzyć słowa piosenki Ryszarda Rynkowskiego “Inny nie będę, lepszy nie będę”.

Leo Beenhakker ??? Ten człowiek budzi respekt i zaufanie <po raz pierwszy od czasów Kazimierza Górskiego>. Jest z pewnością właściwą osobą na właściwym miejscu. Fachowców takich jak On może jest wielu, ale wątpię żeby którykolwiek dał się namówić na trenowanie naszej kadry. Leo podjął to wyzwanie i jak do tej pory nie można mu zbyt wiele zarzucić. W końcu to dzięki niemu zadebiutowaliśmy na Mistrzostwach Europy. :)

Jakoby wyręczając wielu krytyków i pseudo-krytyków Leo odpowiedzialność za porażkę na Euro wziął na siebie. Na konferencji prasowej kończącej nasz udział w turnieju powiedział:

  • “Mogę odejść, ale dajcie mi gwarancję, że zastąpi mnie trener, który sprawi, że za chwilę Polska będzie miała piłkarzy na miarę hiszpańskich gwiazd.”
  • “Bądźmy realistami. Nie mamy 25-30 piłkarzy, którzy grają na międzynarodowym poziomie. W naszym gronie nie ma takich graczy, jak Villa, Ronaldo czy Torres. Widzę ogromną przepaść między polskim futbolem, a tym w Hiszpanii, Włoszech, czy Portugalii. To dlatego wypadliśmy tak słabo.”
  • “Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, w jakiej kondycji jest polska piłka. Zawsze możemy krytykować. Szukajmy lepiej sposobów poprawienia sytuacji naszego futbolu.”
  • “Potrzebna jest zmiana o 180 stopni. My, rozsądni, odpowiedzialni ludzie powinniśmy stworzyć na nowo podstawy polskiego futbolu. Zapewnić polskiej piłce warunki do rozwoju. Zadbać o młodzież. Ja jestem gotów i czekam na ludzi, którzy mi w tym pomogą. Obiecuję, że znajdę rozwiązanie, jak zmniejszyć przepaść między polskim futbolem a zachodnim.”

Powyższe stwierdzenia mówią same za siebie – Leo musi zostać !!! :) Jest zdeterminowany, gotowy zrobić wszystko, żeby sytuacja z Euro się nie powtórzyła i żeby polski futbol “stanął na nogi”. :) Co więcej – chyba jako jedyny wie jak to zrobić, wierzy w zdolności naszych piłkarzy i jako jedyny jest poza układami !!!

A więc Leo – ZOSTAŃ Z NAMI !!!!!!!!!!!!!! :D

Gdzie jest sędzia sprawiedliwy ? :)

Od kilku dni nie milkną spekulacje na temat meczu Polska-Austria. Po przegranej <kolejnej z rzędu zresztą> z Niemcami, wszyscy liczyli na zwycięstwo w meczu z Austrią, która nie została sklasyfikowana jako groźny dla naszej drużyny rywal. :)

Pokłady nadziei jakie zostały ulokowane na koncie naszej drużyny w dniu spotkania były ogromne. Oczekiwaliśmy odmiennych pomeczowych nastrojów niż te, które panowały po spotkaniu z Niemcami. I mało brakowało a piękny scenariusz zrealizowałby się….i byłby powód do wielkiej radości i byłaby nadzieja na więcej takich chwil podczas Euro 2008. Niestety stało się inaczej….Sędzia Webb <a za jego decyzją Vastić> rozwiał nasze nadzieje, zagłuszył nasze radosne okrzyki, zburzył to co nasza drużyna lepiej lub gorzej “zbudowała” przez 93 minuty spotkania…. W zamian rozpalił w nas ogień nienawiści, rozgoryczenia i frustracji….

I nie ważne w tym momencie było to, że pierwsze 30 minut spotkania należały do Austriaków, a nasza obrona przypominała ser szwajcarski, nieważne, że Artur Boruc “wychodził z siebie” w obronie polskiej bramki <za co został uhonorowany graczem meczu i słusznie>, nieważne że Ebi Smolarek – najlepszy strzelec eliminacji, nie oddał żadnego strzału na bramkę, a przez Golańskiego cudem nie podyktowano “jedenastki” na początku drugiej połowy meczu, nieważne też, że tak naprawdę Roger strzelił gola ze spalonego. Ważne, że w tej ostatniej minucie, kiedy już każdy zacierał ręce i w duchu świętował zwycięstwo, sędzia Webb dopatrzył się faulu w polu karnym i mecz zakończył się remisem. I wtedy się zaczęło…

Zdania są podzielone. Ci, którzy myślą trzeźwo twierdzą, że zachowanie Lewandowskiego nie było prawidłowe i sędzia słusznie podyktował “jedenastkę”, Ci którzy dali się ponieść emocjom i poczuli się dotknięci mówią o niesprawiedliwości, o tym, że Austriacy kupili mecz, że Webb bierze łapówki, lub że to sprawka Niemiec. :) :) Ale skoro mówimy już o słuszności lub niesłuszności decyzji, to co ze spalonym, po którym padła nasza bramka? Wtedy nikt nie mówił o niesprawiedliwości. Gol NAM się należał i był sprawiedliwy, bo dzięki temu to MY wygrywaliśmy ! :)

Z drugiej strony w tym całym podbramkowym zamieszaniu sędzia nie dostrzegł faktycznego faulu, a właściwie dwóch i to na naszym zawodniku. Pierwszy miał miejsce w trakcie przerwanego przez Webba rzutu rożnego <teoretycznie upomniał on zaraz popychających się zawodników>, a drugi w trakcie kolejnego rzutu rożnego obok sytuacji potencjalnie uznanej jako faul przez arbitra.

Podobno za takie przewinienia nie dyktuje się rzutów karnych, tym bardziej na takich “imprezach” jak Euro. Moim zdaniem sędzia powinien być konsekwentny przez cały czas trwania meczu i odgwizdywać podobne mniejsze lub większe faule w przypadku jednej i drugiej drużyny. Zabrakło najwyraźniej w tym meczu sędziego sprawiedliwego. A teraz można już tylko “gdybać” i płakać nad rozlanym mlekiem. Pozostaje też wierzyć w cud i wyjście z grupy, bo podobno nadzieja umiera ostatnia.

Jest jednak pewien niedosyt… Frustracja kibiców trwa do dzisiaj, choć najbardziej negatywne emocje uszły z ludzi bezpośrednio po meczu. Wtedy wspólnie można było wykrzyczeć co się chciało <tak, tak ja też krzyczałam i to naprawdę pomogło rozładować gniew :) > , wtedy każdy był tego samego zdania…. Sprawiedliwsze wydawałoby się zremisowanie po strzale Austriaków z normalnej akcji a nie z kontrowersyjnego karnego, to pewne.

Teraz jednak wszystkie dyskusje wydają się bezsensowne i nic nie wnoszą. :) Wylewanie żali, pomówień, gróźb i fala fatalnych zachowań jaka ujawnia się w konsekwencji meczu w internecie chyba nie świadczy o nas najlepiej. I nie dotyczy to tylko anonimowych wypowiedzi, ale także artykułów w prasie, a nawet wypowiedzi polityków. I chociaż premier Tusk stwierdził, że musi się wypowiadać w sposób wyważony to słowa “chciałem zabić” chyba były trochę za ciężkie jak na opinię szefa rządu. Oczywiście mógł tak powiedzieć, ale raczej nie w wywiadzie. :D Już zresztą pojawiły się informacje o oburzeniu zagranicznych mediów. :)

Reakcja polskiego społeczeństwa, która z dnia na dzień i z pomysłu na pomysł staje sie coraz bardziej paradoksalna jest chyba wynikiem naszego wiecznego poczucia niższości, niedowartościowania i wiecznie dziejącej się nam krzywdy. Krytykowanie, ocenianie innych zazwyczaj poprawia nam własną samoocenę. ;) Wystawianie komuś cenzurki to dość popularna taktyka Polaków. Sędziemu Webbowi wystawiliśmy tą najgorszą z możliwych. :)

Podsumowując mecz Polska-Austria i emocje, które mu towarzyszyły przypominały tragedie grecką, choć tak naprawdę nikt w końcowy “upadek” Polaków nie wierzył, a ten wpisany jest w budowę tego gatunku. Żeby bardziej uwidocznić ów podobieństwa wymienić należy, że

  1. tragedia grecka to utwór dramatyczny a takie właśnie okazało się to spotkanie
  2. główny bohater uwikłany jest w konflikt, który zawsze kończy się jego klęską
  3. konflikt tragiczny pomiędzy głównym bohaterem a siłami wyższymi – losem, fatum, który polega na istnieniu dwóch równorzędnych racji :)

Może czas żeby wreszcie wprowadzić w zasadach futbolu jakieś innowacje? Może czas tą dziedzinę zreformować? Z pewnością tej, a także kilku poprzednich kontrowersyjnych sytuacji na tych mistrzostwach <i nie tylko na nich> nie byłoby, gdyby nad prawidłowością gry czuwali nie tylko biegający po boisku sędzia i jego dwaj pomocnicy stojący z boku. Może gdyby ktoś jeszcze spoglądał na grę z perspektywy kibica, czyli z kamer, punkt widzenia zmieniłby się choć trochę ? :) Miejmy nadzieję, że ktoś w końcu pójdzie po rozum do głowy. W końcu sędzia główny to nie struś pędziwiatr i nie zawsze znajdzie się tam gdzie trzeba i nie zawsze dojrzy to co powinien. A podobno czego oczy nie widzą tego sercu nie żal. :D

Na koniec wesoły, a może smutny element czwartkowego meczu. :D Komu kibicuje prezydent ? :D

W pogoni za…tytułem magistra :)

Oj trzeba trochę odkurzyć tego bloga bo przez ten ponad miesiąc przerwy zdążył już zebrać warstwę braku odwiedzin, internetowego pyłu itp rzeczy, które raczej pozwoliły o nim zapomnieć. :) A więc teraz powiew świeżości. :)

Ostatnie miesiące mijają mi na dogłębnej analizie zawartości związków w nijakim Przelocie pospolitym <w ramach pracy magisterskiej>. :D Tak tak wiem, nazwa brzmi niebanalnie i doprawdy śmiesznie. Wywołuje na twarzy rozmówców dziwny grymas zmieszania, zdziwienia, zaintrygowania, po czym padają sztandarowe pytania:

  1. “Yyyyyyyy w czyyyym ?????”
  2. “A co to takiego ?????”
  3. “Żartujesz sobie ????”
  4. “Aha. A tak naprawdę ???” :)

Ogólnie ujmując reakcja sprowadza się do “Seriously -what ??” :D

No więc w ramach wyjaśnienia. Ów Przelot pospolity to nic innego jak pospolicie rosnące na nizinach <podobno, bo ja jeszcze nie spotkałam :) > zielsko. Trzeba mu oddać, że z wyglądu całkiem całkiem ładne. :) Swoją drogą nie wiem kto zajmuje się wymyślaniem polskich nazw dla tych czasami uroczych roślinek. W każdym razie pomysłowi z nich ludzie. :) Przyznam szczerze, że nie wiem co wspólnego ma nazwa przelot z samą tą rośliną. :)

Praca magisterska nad Przelotem, przelotnie mi nie mija mimo wszystko. :) Więc nazwa zdaje się nie pochodzi od szybkości badań nad ów zielskiem. ;) Ja akurat męczę się z nim już hmmmm….3-ci miesiąc i końca nie widać. Nadal ustalam co w niej siedzi ciekawego lub mniej ciekawego. Ale niech nikt nie myśli, że z tej całej ciekawości wytrzymać nie mogę. ;) Moja cierpliwość przy tych badaniach została już parokrotnie wystawiona <i nadal jest> na próby, więc czekam spokojnie. ;) Jak to mówią “szukajcie a znajdziecie”. :)

Przez te jak na razie 3 miesiące <niecałe> dzień po dniu napotykam/napotykałam się na:

1.proces zagęszczania i związaną z nim nierozłącznie wyparkę

2. rozdzielanie w rozdzielaczach <masło maślane :) > a dokładniej ekstrakcja ciecz-ciecz :D

3. chromatografię wszelkiej maści :D i związane z nią

Wytrwałych i pragnących lepiej poznać szczegóły moich poczynań, odsyłam do linków ukrytych pod magicznymi słowami <wystarczy kliknąć wyrazy zaznaczone kolorkiem>. :D Tam chyba w miarę zrozumiale jest wyjaśnione o co chodzi. :)

Kiedy moje zadania są wykonane i pozostaje cierpliwie czekać, aż matka natura <a może lepiej matka chemia, fizyka itp.> wykona swoje zadanie <lepiej a czasem nie najlepiej>, w głowie rodzą się różne pomysły jak zabić czas. ;) I tu wyobraźnia zaczyna pracować a pomysły na urozmaicenie czasu przychodzą do głowy błyskawicznie. :D Katedra wyposażona jest w wiele przedmiotów, które wykorzystać można do “scenek rodzajowych”. ;) Jak to mówią mała rzecz a cieszy. :D Przykłady: profesjonalne gogle narciarskie, podpory do kwiatów, kije od miotły, korki do butelek, “maski spawacza”. :D Wszystkie te przedmioty wydają się być niesłychanie zabawne w danej chwili. Tak, wiem że to brzmi dziwnie. Może to wszystko efekt wpływu wszelakich rozpuszczalników unoszących się wokół podczas pracy. ?? :P

Przygody z latającymi bibułami, magiczną szafką, jednostronnie dźwiękoszczelnymi drzwiami czy małą powodzią pozostawię bez dalszego komentarza. ;) Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi i niech tak zostanie. ;) Było wesoło, chociaż grozą też powiało. :P Ekipa magistrantek nie próżnuje. :D

Tak w telegraficznym <no może prawie telegraficznym, a jak wiadomo prawie robi duża różnicę :) > przedstawiają się moje zmagania ze zdobywaniem upragnionego tytułu magistra. Przede mną jeszcze praca teoretyczna, która chyba bardziej mnie odstrasza niż praktyczna. No ale może przy odrobinie weny i mobilizacji uda się stworzyć z tego logiczną całość. :) W końcu pewnie się okaże, że nie taki Przelot straszny. :) Sami oceńcie. ;)

P.S

Przy okazji mogę podziękować ów najbardziej wtajemniczonym w te dziwne historie osobom, za uczestnictwo, pogodę ducha i pomysłowość, których rzadko kiedy komuś z tej ekipy brakuje. :D


“Łańcuszkom” mówię stanowcze NIE !

…sprawa to już dawna, pewnie bardzo przedawniona, ale jednak wciąż mnie zastanawia i nie daje spokoju. Dodatkowo moją chęć wypowiedzi podsycił artykuł Joanny Szczepkowskiej w “Wysokich obcasach” <7/2008>. Swoją drogą uwielbiam czytać felietony pani Joanny – proste sytuacje opisane w niezwykle prawdziwy sposób, bogate w trafne spostrzeżenia, szczyptę humoru i ironii. :)

…sprawa dotyczy łańcuszka….łańcuszka jakich dzisiaj mnóstwo w dzisiejszej rzeczywistości, szczególnie tej wirtualnej. :) Niestety tylko niewiele z nich ma na celu rozpowszechnianie przydatnych informacji, tudzież pozwala na chwilę zastanowienia i niesie ze sobą jakieś głębsze przesłanie. Jakby na to nie spojrzeć jest to pewien sposób na dotarcie do szerokiego grona odbiorców. Prędzej czy później każdy pomyśli, że może warto ów głębokie przesłania wzbogacone o piękne zdjęcia i muzykę <niech żyje Power Point :) > przesłać dalej. ;) Co różni jednak ten typ od pozostałych to to, że brak tam listy konsekwencji jakie grożą w wyniku nie przekazania wiadomości dalej. ;)

…większość łańcuszków niestety opiera się na smutnym i żenującym, nie zawaham się użyć tego słowa – szantażu. :) Po całej ciekawej lub często nieciekawej oprawie następuje puenta: “roześlij to dalej albo…..” <tu następuje zazwyczaj seria nieszczęść rodem z księgi Hioba :) >. Uderzają one w czułe strony ludzkiej natury, wykorzystując łatwowierność, chęć niesienia pomocy….i powodują, że odbiorcą zaczynają miotać dziwne uczucia.

Z jednej strony taka wiadomość jest czasami tak absurdalnie amatorska i śmieszna, że aż trudno uwierzyć, że jej “twórca” <choć to zdecydowanie za duże i poważne słowo na takie osoby> liczy na dalsze rozsyłanie i łatwowierność odbiorcy. Z drugiej strony ów odbiorca, choć przeświadczony o bezcelowości i niedorzeczności tej wiadomości, przesyła ją dalej dla tzw. “świętego spokoju”, “czystego sumienia” etc. :) Dziwny to mechanizm naszej podświadomości. ;)

Wyobraźnia osób zapoczątkowujących łańcuszki jest wprost nieograniczona w swojej ograniczoności. :D Łatwowierność osób je otrzymujących jest za to chwilami przerażająca. ;)

Z tej bezkształtnej masy łańcuszków, wybił się niedawno jeden, rozprzestrzeniany drogą sms-ową. I nie był to bynajmniej kolejny popis nieograniczonej wyobraźni, a wręcz przeciwnie. Autor tego pomysłu wykazał się absolutnym brakiem wyobraźni i zdrowego rozsądku, pokazał za to swoją skrajną bezmyślność. Oto postanowił zapoczątkować łańcuszek którego treść brzmiała: “Pilnie poszukiwana jest krew grupy A Rh- dla umierającego dziecka! Bardzo prosimy o pomoc. Numer telefonu………….”. Jak można się było spodziewać, każdy kto wyposażony jest w ludzkie odruchy: współczucia, niesienia pomocy rozesłał wiadomość do znajomych, Ci do swoich znajomych itd itd. Cała akcja nabrała dużego zasięgu. Ludzie gotowi byli bez wahania oddać krew, niektórzy chcieli nawet w tym celu przylecieć spoza Polski. Niestety na darmo…

Sms okazał się bowiem głupim żartem, kolejnym irracjonalnym, zakłamanym tworem. Ciekawe czy jego autor <autorzy> są usatysfakcjonowani wynikami swojego zdumiewająco “błyskotliwego” pomysłu? Czy ich wirtualne “dziecko” zyskało wystarczająco dużo uwagi i chęci pomocy ?? Nie wiem czy zdają sobie sprawę z faktu, że to dziecko to nie jest twór ich wyobraźni. Ono żyje gdzieś, ma imię, nazwisko i być może potrzebuje lub będzie potrzebowało kiedyś tej krwi. Ale dzięki temu, że twórcy smsa skutecznie znieczulili ludzi na tego rodzaju tragedię, większość odbiorców zapewne kolejny raz nie będzie już na tyle hojna.

Na całe szczęście pocieszające są wypowiedzi pracowników centrum krwiodawstwa, według których dla pilnie potrzebujących osób zawsze jest zapas krwi, a nawet jeśli jej zabraknie to dostarczana jest z innej stacji krwiodawstwa.

Sprawę smsa bada policja. Podobno “namierzają” sprawców całego zamieszania. :) Cieszyłabym się gdyby to całe namierzanie skończyło się pomyślnie i żeby pomysłodawcy tej akcji zostali w jakiś sposób ukarani. Bo zgodnie ze słowami Joanny Szczepkowskiej – na takie osoby musi być jakiś paragraf, a jeśli nie ma to należy go stworzyć. :D

Me and the Night and the Music :)

Pogoda za oknem niezbyt zachęcająca do wychodzenia z przytulnych “czterech ścian”. :) Ale mimo wszystko poniedziałkowy wieczór <inaugurujący mój tegoroczny “koncertowy sezon”> a także wczorajszy, były warte każdego przysłowiowego “zachodu”. :)

Koncerty mimo, że skrajnie różne to jednak jednakowo ciepłe, niosące ze sobą niezwykły ładunek energetyczny….pochłaniające bez reszty….

Wieczór poniedziałkowy wypełniła cudowna muzyka Justyny Szafran, która rozbrzmiewała w kawiarni “Pod Pretekstem”. Oj potrzebna była mi taka dawka muzycznej energii na początek roku <jakby nie było to w końcu jeszcze styczeń… :) >. Energii przekazanej najpełniej jak tylko można. ;) Niesamowita atmosfera cudownego śpiewu, akordeonu, kontrabasu, fortepianu i smyczków pozwoliła zapomnieć o lejącym deszczu, niskiej temperaturze, nadchodzących dniach i związanych z nimi problemach mniejszych lub większych. :) Pozwoliła odbyć podróż przez Buenos Aires (“Maria de Buenos Aires”, “Umrzeć w Buenos”), dalej taksówką “gdzie pan chce”, “dalej, dalej” (“Taxi”), przez “Tomaszów”, aż w końcu zatrzymać się “gdzieś daleko na krańcach” w małych miasteczkach gdzie “nic nie huczy, nie buczy, nie trąbi, nie jedzie” i tylko w święta odpustowe “śpiewają trąby, romby, ratatata”. ;) Piosenki na przemian spokojne i bardziej żywiołowe nie pozwalały się nudzić, zresztą ich teksty były godne jak największej uwagi…. Spontaniczność i lekkość z jaką Justyna Szafran snuła opowiastki między piosenkami nadały koncertowi bardzo luźnej i nieskrępowanej atmosfery. :) Z drugiej strony zaskakiwała Ona niesłychaną rozpiętością skali swojego barwnego i mocnego głosu, a także sposobem inscenizowania ów głosem scenek rodzajowych. :) Dodatkową “niespodzianką” były zaśpiewane przez aktorkę utwory Edith Piaf – jeden w wersji francuskiej, drugi natomiast był polską interpretacją przeboju francuskiej pisoenkarki i pochodził ze sztuki teatralnej “Piaf”, w której główną i niezapomnianą dla mnie rolę zagrała Justyna Szafran. Niezwykłe…;)

Wczorajszy koncert odbył się w nieco innej i już mniej kameralnej atmosferze. Mimo wszystko wywarł tak samo mocne wrażenie jak poprzedni. :) Mowa o występie Agi Zaryan, który miał miejsce w klubie Blue Note. Moja ciekawość tego koncertu była ogromna z uwagi na to, że płyty Agi mam już przesłuchane “wzdłuż i wszerz” <z wyjątkiem “Umiera piękno” – co postanowiłam w najbliższym czasie nadrobić :) > i chciałam usłyszeć ten niezwykły głos na żywo, a poza tym w zeszłym roku okazja wybrania się na Jej koncert przeszła mi koło nosa ze względu na jakieś zaliczenia. Tak jak przypuszczałam – na żywo brzmi Ona tak nieskazitelnie i cudownie jak na płycie a może nawet lepiej, biorąc pod uwagę nieco zmienione aranżacje niektórych utworków i bardziej swobodne ich wykonanie. :) Myślę sobie nawet, że tak popularne porównywanie Agi do Diany Krall nie jest trafne, gdyż w muzyce polskiej wokalistki jest o wiele więcej świeżości, więcej motywów swingujących, chwilami więcej energii niż w przypadku Krall. Ma Ona swój wypracowany własny styl, który wyróżnia Ją na tle innych jazzowych wokalistek..:) Dużo w nim uczuć: namiętności, wrażliwości,…a wszystko to przekazane za pomocą minimalnej ilości środków. Brak tu muzycznych udziwnień, wariacji, ornamentów. Owszem głos obie panie mają podobny ale zdecydowanie bardziej wolę ten z polskimi korzeniami.;) Na koncercie mocny i jednocześnie ciepły głos Agi oczarował i zahipnotyzował publiczność <ku mojemu zdumieniu większość pohamowała się od rozmów, które na niektórych koncertach w tym klubie są nieco irytujące>. Usłyszeć można było prawie wszystkie utworki z płyty “Picking up the pieces” i jeden z płyty “My lullaby” <”You and the night and the music”> . Standardy jazzowe Gershwina (“The man I love”), czy Ellingtona (“Sophisticated lady”) w interpretacji Agi brzmiały doskonale. Wprost niebywała jest lekkość, swoboda i precyzja językowa wokalistki. Z każdym wykonanym utworem w stronę publiczności płynęły masy ciepła, które pod koniec koncertu otuliły wszystkich tak mocno, że aż szkoda było zrzucać w końcu to ciepłe muzyczne futerko i wrócić do chłodnej rzeczywistości. Dlatego Aga wraz z zespołem obdarowała nas jeszcze dwoma cieplutkimi bisami.;) Utwory “Throw it away”, “Woman’s work”, “The man I love”, “Suzanne”, “Here’s to life” i “It might as well be spring” dosłownie wywoływały dreszcze.:) Nastrojowe duety Agi z kontrabasem lub gitarą na długo zapadną w pamięci każdego kto miał okazję usłyszeć je na żywo – bezcenne. :)

Na jednym jak i na drugim koncercie unoszące się dźwięki pochłaniały mnie i przenosiły w zupełnie “inny świat”. Świat bogaty w paletę subtelnych i ciepłych brzmień, w którym oddycha się każdą płynącą nutą, w którym czuje się muzykę całą swoją osobą,w którym chłonie się ją niczym gąbka, w którym wypełnia ona puste przestrzenie duszy i serca, daje satysfakcje i przynosi ukojenie. Zatopiłam się w nim na kilka godzin, jakże błogich…. mogłyby trwać w nieskończoność…………

Po takich przeżyciach –> “Little by little I’m pulling myself together….” :)

Addicted to….:)

Coraz więcej w sieci portali społecznościowych skupiających różnych ludzi z różnych zakątków Polski i świata. Chyba nie ma osoby, która przy stałym <lub nawet dorywczym> dostępie do internetu nie była do jakiegoś zapisana.:) Wieści o tych portalach roznoszą się błyskawicznie, lub najzwyczajniej w świecie zostajemy wciągnięci w nie przez naszych znajomych, którzy wysyłają nam zaproszenia. Zastanawiać może jaki jest fenomen tych stron i co nas tak przyciąga….

Ja osobiście najbardziej cenię sobie stronkę last.fm. Wychodzi ona naprzeciw oczekiwaniom swoich użytkowników udostępniając mnóstwo muzycznych plików, tworząc rankingi naszego gustu muzycznego na podstawie odsłuchiwanych utworów, dostarcza informacji o wykonawcach, rekomenduje wiele utworów, generuje osoby o podobnym do naszego guście muzycznym….po prostu wszystko czego można sobie tylko zażyczyć znajduje się w ramach tego portalu.:) Fenomen last.fm jest więc prosty.:) Przyciąga i wciąga ludzi, dla których muzyka znaczy wiele i którzy nie mogą bez niej żyć.:) Całkowicie popieram tego typu działania.:) Jednak nie każdy jest takim muzycznym maniakiem więc z założenia portal ten nie jest przeznaczony dla pewnej części społeczeństwa, nie każdy też o nim słyszał.

Nie ma chyba jednak osoby, która nie słyszałaby o słynnej naszej-klasie.pl.:) Jeszcze trochę a nie będzie już osoby, która nie będzie tam zapisana. Albo stanie się to obowiązkiem narodowym.;P Sukces tego portalu przeszedł chyba najśmielsze oczekiwania twórców.;) Na dzień dzisiejszy liczba “klasowiczów” rośnie i wynosi ponad 6 mln. Idea portalu była jak najbardziej szlachetna – odnajdywanie starych znajomych z podstawówki, przedszkola, liceum itp. Co jednak zaczęło być zmorą tego portalu i zaczęło mnie zniechęcać???

1. fikcyjne szkoły lansu, lenistwa ,picia, zdradzania itp – żałosne

2. straszny bałagan w spisie szkół – po co sprawdzić czy takowa istnieje skoro samemu

można szkołę dodać do bazy

3. lista znajomych a może raczej nieznajomych

samo słowo znajomy wyjaśnia to, kto powinien znaleźć się na takiej liście. Przede wszystkim trzeba taką osobę znać co oznacza, że w przeszłości lub obecnie miało/ma się czasowy kontakt z tą osobą polegający m.in na rozmowie a nie na mijaniu na ulicy.

Tymczasem nasza klasa stała się polem rywalizacji o jak największą liczbę znajomych nieznajomych. Obecnie żeby być postrzeganym jako “osoba lubiana” trzeba mieć co najmniej 100 znajomych !!! Mnie osobiście śmieszy kiedy dostaje zaproszenie od kogoś kogo owszem widuje na uczelni itp. ale nigdy nie zamieniłam z tą osobą ani słowa.:) Może nasza klasa powinna zmienić swoją główną ideę odnajdywania starych znajomych na wyszukiwanie nowych znajomych.:) No ale takich portali jest już w sieci sporo.:)

4. Wszelkiej postaci udoskonalanie, uaktualnianie profilu – czyli gdzie byłam/byłem, co robiłam, czego się dorobiłam/dorobiłem, z kim jestem itp – to też śmiechu warte.

Zdjęcia ze ślubów, egzotycznych wakacji, w mniej lub badziej wyszukanych pozach ze swoimi sympatiami, przy drogich samochodach, mają chyba służyć pozbyciu się dawnych kompleksów i pokazaniu jak bardzo się wyrobiłem/wyrobiłam przez te kilka lat i czego się nie dorobiłem/dorobiłam.:)  Niech zazdroszczą.:)  Ale żeby tak rzeczywiście było czego.

Idea tego portalu zagubiła się więc w całej tej chęci pokazania się “światu” z jak najlepszej

i najbardziej wypasionej perspektywy, a także chęcią posiadania szerokiego grona znajomych.

Ciekawe czy kiedy minie moda na naszą klasę ktoś będzie pamiętał o wszystkich swoich 400, 300, 200 znajomych ??? :)

O postanowieniach noworocznych

Coż o nich ? Chyba tylko tyle, że każdy znowu wiele postanawia a niewiele z tego robi.:) Ale w końcu Nowy Rok to dobry moment na rachunek sumienia, wystawienie oceny za poprzedni, umieszczenie tego w archiwum i rozpoczęcie nowego, kolejnego etapu swojego żywota <człowieka mnie lub bardziej poczciwego>.:D

Ja przyznam się szczerze nie przywiązuje dużej wagi do owych postanowień bo jakoś nigdy dotąd nie udało mi się do końca wszystkich wypełnić. Na szczęście nie palę więc rzucać nie muszę.:) Rozpoczynać tym bardziej nie chcę.:P

Ale żeby wszystko było tip-top to parę punktów wymienię i mam nadzieję, że tym razem znjadzie to odzwierciedlenia w życiu codziennym.:) Bo są to na dość realne do spełnienia czynności.:) I tak naprawdę chciałabym się ich trzymać.;)

A więc tegoroczne postanowienia to:

- spać więcej – minimum 7 godzin :) <z naciskiem na wcześniejszą godzinę zasypiania>:)

- więcej sportu i ruchu :D <rowerek stacjonarny czeka, w planach narty….>:)

- częściej widywać się z przyjaciółmi – zaniedbałam, przepraszam, postaram się poprawić ;)

-………………..

Ostatni myślnik na coś czego zapomniałam wymienić, lub coś co podświadomie zrobię a potem okaże się, że powinno się tu znaleźć.;) Czyli wielka niewiadoma.;)

Ot i moje drobne postanowienia.:)

Proszę nie pytać czy je wypełniam czy też nie, bo nie temu ma to służyć.:):):)

Mój ranking najważniejszych wydarzeń roku 2007 :)

Dzisiaj podsumowanie innego typu.:) Ale mi się zebrało….:P ale wszędzie gdzie nie spojrzę widzę „najważniejsze wydarzenia 2007 roku”, więc postanowiłam sama takowy ranking stworzyć dla siebie, według swojego „widzimisię”.:P Od razu zaznaczam, że polityka to zdecydowanie nie moja działka, ale wypowiedzieć się czasem mam ochotę…:P

Wydarzenia z kraju podzieliłam je na hity i kity, klapy i nie-klapy (czyt. sukcesy) itp. jak kto woli.

Kraj – sukcesy

  1. Wygranie wyborów parlamentarnych przez PO czyli

- nadzieja na lepsze jutro

- kompetentne osoby na stanowiskach szczególnie na stanowisku premiera

- mniej błaznów w Sejmie – cyrk odjechał (miejmy nadzieję)

2. Polska w strefie Schengen czyli

- „keine grenzen”

- wreszcie nie będą musieli się nam przyglądać panowie i panie ze straży granicznej

żeby porównać nasz wygląd ze zdjęciem sprzed 10 lat :)

3. Polska i Ukraina wygrały organizację Euro 2012 czyli

- duma i satysfakcja, że wreszcie nas dostrzeżono

- dużo poważnych planów i związane z tym pytania czy damy radę – ale Polak potrafi

(miejmy nadzieję)

- szansa dla Polski – wizja rozbudowy dróg itp. – bez takiego bodźca odwlekałaby się w

nieskończoność

Kraj – klapy (czyli to co głównie mogliśmy obserwować)

1. Rządy PIS i spółki z.o.o. w postaci LPR i Samoobrony czyli

- kłótnie, przepychanki, podejrzenia, korupcje, dymisje, seksafery, afery przeciekowe i

inne

- wieczne powołania i dymisje Andrzeja Leppera <czyli – kto się czubi ten się lubi

2. Sprawa betanek i ich ostateczna eksmisja czyli

- ponad 2 lata grupka byłych sióstr zakonnych na czele z byłą siostrą przełożoną i

księdzem prowadzą sektę za murami klasztoru w Kazimierzu Dolnym i nikt nie wie

po co, ile ich jest, i nikt nie potrafił się przeciwstawić <jakże groźnym siostrom :) > i

zakończyć tej szopki

- siostry usilnie broniły swojej twierdzy rzucając kamieniami, wylewając wodę z okien

- stanowiło to nie lada atrakcję dla ludzi

- eksmisja była chyba największą i „najpoważniejszą” akcją policji w ubiegłym roku – do wyprowadzenia jakże przecież „niebezpiecznych” kobiet potrzeba było aż 150 policjantów !!! – wyglądało to nadzwyczaj śmiesznie ;)

- zadanie okazało się na tyle trudne i niebezpieczne, że trzeba było bohaterskich policjantów odznaczyć i uhonorować nagrodami pieniężnymi w wysokości 2-5 tys brutto za to – i tu cytuję szefa MSWiA Władysława Stasiaka „że tak sensownie i tak z głową potrafiliście wykonać to zadanie. To dowód nie tylko na wasz profesjonalizm, ale też przytomność umysłu” – czyli jednym słowem śmiechu warte

- a jaki tego finał – betanki i tak „dały nogę” z domów rekolekcyjnych i już szykują nową siedzibę gdzieś w Wielkopolsce – można się więc za jakiś czas spodziewać kolejnej szeroko zakrojonej akcji dzielnych policjantów

3. Posądzanie teletubisia Tinky Winky o homoseksualizm czyli

- jak polski rząd stara się odwrócić naszą uwagę od spraw ważnych na sprawy„poważne”:)

- jak pani Ewa Sowińska zaistniała w telewizji – nieważne z jakim skutkiem – o niej się mówi

- uważajcie na to jakie torebki nosicie :P widać ich kolor ma głębszy wydźwięk

- homofobia polityków nie zna granic

- poczekajmy aż pod lupę wezmą biednego Żwirka i Muchomorka, Smerfy, Muminki i inne pozytywne

postacie z bajek

4. Choroba filipińska byłego prezydenta czyli

– jak inaczej <bardziej finezyjnie, egzotycznie, mniej dobitnie, poważniej, medycznie….> ująć oklepany

zwrot „w stanie wskazującym na spożycie alkoholu” :)

Ze świata, sportu i kultury po 3 najważniejsze wydarzenia już bez podziałów;)

Świat

1. Wypadek autokaru w Grenoble – 22 lipca 2007

- tragiczny bilans wycieczki polskich pielgrzymów

- wiara chrześcijańska po raz kolejny wystawiona na niepojęte działanie siły wyższej

- nie tylko w tym przypadku zawinił kierowca <ignorując ostrzegawcze znaki drogowe>

- lepsze autokary nie gwarantują więc bezpieczeństwa przy zbyt dużym niedoświadczeniu kierowców

- niestety bardziej doświadczeni kierowcy emigrują za granicę <i nie tylko oni>

- obiecywane są specjalne szkolenia dla kierowców z kategorią D, autokary z elektronicznymi  tachografami, GPS-ami, z pasami bezpieczeństwa – do tego czasu jednak może zginąć wiele osób – zbyt wiele….oby jednak nie..

2. Koniec ery Tony’ego Blaira

- dymisja po 10 latach sprawowania władzy

- za przyczyny porażki uważa się

* skandal korupcyjny

* brak społecznego poparcia

* sprawa zaangażowania Wlk. Brytanii w wojnę z Irakiem

- czas na zmiany, nowe, świeże pomysły dla kraju – 60% społeczeństwa widzi zmiany w

kraju lecz niekoniecznie na lepsze

- mimo tego, że 58% społeczeństwa ma pana Blaira dość, Izba Gmin pożegnała Go

z należytym szacunkiem – oklaskami na stojąco ( łącznie z opozycją :) )

- reszta w rękach Gordona Browna

3. Polscy żołnierze strzelali do cywilow afgańskich

- pomyłka, obrona własna czy celowa zbrodnia ???

- 16 sierpnia 2007 – 7 polskich żołnierzy ostrzelało bezbronną wioskę – zginęło 6 osób w tym kobiety (jedna z nich była w ciąży, 3 są do końca życia okaleczone) i dzieci. Co więcej po całej akcji pomysłowi żołnierze nagrali ofiary na video – ot tak na pamiątkę

- to wszystko utwierdza w przekonaniu, że nie można usprawiedliwiać ich stresem po śmierci kolegi, czy pomyłką o którą nie trudno na wojnie

- jeśli przypuszczenia prokuratury się potwierdzą ( oby nie ) to o ironio dokładnie dzień po Święcie Wojska Polskiego doszło do hańby w dziejach polskiej armii, hańby która splamiła honor wspaniałych polskich żołnierzy.

Sport

1. Awans Polaków do Euro 2008

- Leo Beenhakker przywrócił nadzieję na przyzwoity poziom polskiej piłki ;)

- po wielu latach udało się naszej ekipie przełamać złą a wręcz tragiczną passę

- gratulacje należą się całej ekipie z wyróżnieniem najlepszego strzelca Ebiego Smolarka

- oby chłopcy dalej nas tak zaskakiwali

- kolejni rywale Austria, Niemcy i Chorwacja nie wydają się być aż tak groźni jak kiedyś

- trzymamy kciuki ;)

2. Wicemistrzostwo świata polskich piłkarzy ręcznych

- tym razem piłka ręczna może być dla nas powodem do dumy

- najlepsze osiągnięcie w historii tej dyscypliny w naszym kraju

- dzięki temu ta dość mało popularna w Polsce dyscyplina zyskała wielu zwolenników

- jak widać polski sport kryje jeszcze wiele talentów ;) i może jeszcze nie raz miło nas zaskoczyć

3. Sukces Agnieszki Radwańskiej

- jako pierwsza Polka w historii turniejów wielkoszlemowych została rozstawiona w US Open

- wyeliminowała w nim drugą tenisistkę świata Marię Szarapową sprawiając największą sensację. Niestety nie udało się Jej wygrać turnieju.

- ale to co wydawało się niemożliwe stało się faktem i zszokowało cały świat

- oprócz tego Agnieszka wygrała swój pierwszy turniej WTA – Nordea Nordic Light Open w Sztokholmie i awansowała dzięki temu na 32 miejsce w rankingu

- w marcu 2007 została uznana przez WTA za debiutantkę roku 2006

- w swojej karierze udało Jej się już pokonać takie gwiazdy tenisa jak Martina Hingis i Venus Williams

Kultura

1. 23 stycznia 2007 zmarł Ryszard Kapuściński

- najbardziej znany reportażysta , pisarz, dziennikarz

- autor wspaniałych książek m.in. „Cesarz”, „Podróże z Herodotem”, „Busz po polsku” „Szachinszach”, „Imperium”

- co roku Jego nazwisko pojawiało się wśród kandydatów do Nagrody Nobla

- łącznie otrzymał ponad 40 nagród i wyróżnień

- dla mnie to Wielki Autorytet, Wielki Człowiek

- dzięki Jego książkom otwierały się przed nami nowe, zupełnie nieznane horyzonty i miejsca , mogliśmy spojrzeć na świat z innej, szerszej perspektywy, wychodzącej poza umysły

- Jego twórczość była, jest i będzie dla mnie źródłem wiedzy, inspiracji, refleksji….

- (…)Z własnej, nieprzymuszonej woli latami przemierzać świat, aby go poznać , zgłebić zrozumieć? A jeszcze aby to wszystko później opisać? Takich ludzi było zawsze niewielu.

/Ryszard Kapuściński “Podróże z Herodotem”/

2. Koncerty Live Earth

- seria charytatywnych koncertów miała miejsce 7 lipca 2007 na 7 kontynentach w ciągu 24 godzin

- patronował im były wiceprezydent USA Al Gore

- brało w nim udział ok. 150 wykonawców

- celem koncertów było zwrócenie uwagi ludności świata na problem zwiększonej emisji dwutlenku węgla oraz globalne ocieplenie zagrażające Ziemi

- koncert odbywały się m.in. w Sydney, Tokio, Londynie, Waszyngtonie, Rio de Janeiro, Hamburgu

- wystąpili m.in. Madonna, Black Eyed Peas, John Legend, Snop Dogg, Metallica, Angelique Kidjo, Joss Stone, Kanye West, Shakira, Lenny Kravitz, Katie Melua, Enrique Iglesias, Macy Gray, Pharrell Williams, The Police, The Pussycat Dolls, James Blunt, Xzibit

- wśród prezenterów znalazły się m.in. takie gwiazdy jak : Leonardo DiCaprio, Cameron Diaz, Kelvin Bacon, Nami Campbell, Rachel Weisz

- Live Earth nagrodzono za największe wydarzenie w przemyśle muzycznym związane z ochroną środowiska

- oprócz tego organizatorzy zostali wyróżnieni Midem Green World Award za masową imprezę poświęconą tematyce ekologicznej

3. 45 lat radiowej „Trójki”

- 1 kwietnia 1962 roku w eter puszczono Program Trzeci Polskiego Radia

- mimo upływu lat i wzrastającej ilości komercyjnych stacji Trójka cieszy się niezmienną popularnością wśród swoich miłośników a także przyciąga nowych, młodych słuchaczy poszukujących ambitnej rozgłośni

- Trójka oferuje swoim słuchaczom niepowtarzalną muzykę – znaną a także bardziej wysublimowaną, znakomitych spikerów, zróżnicowane i ciekawe audycje, koncerty w studio Agnieszki Osieckiej i wiele wiele więcej

- Trójka słynie także z regularnego wydawania płyt kompaktowych związanych z niektórymi audycjami jak np. „Smooth Jazz Cafe” , „Siesta – muzyka świata”

- wspomnieć należy także o charytatywnej działalności Programu Trzeciego w postaci np. akcji – Pocztówka do Św. Mikołaja

- życzyć więc należy kolejnych 45-ciu cudownych lat ;)

Filmowe podsumowanie 2007 :) część 2

      9. „300” – This is Sparta !!!

Przyznać muszę, że twórcy filmu poradzili sobie z ekranizacją komiksowej wersji Franka Millera. Wyzwanie było dość duże bo sam komiks otrzymał wiele nagród. Według mnie Zack Snyder i jego ekipa spisali się świetnie. Film to wspaniałe widowisko, począwszy od strony wizualnej  <kolorystyka oddaje nastrój złowrogiej atmosfery>, poprzez akcję obfitującą w brutalne sceny walki, w której przyspieszone i zwolnione ujęcia oddają niezwykłą ekspresję a skończywszy na wszystkich detalach.:) Pod względem technicznym więc film wyróżnia się z tłumu innych <to taki interaktywny komiks>.:) Dzięki narratorowi, którym był jeden ze Spartan, film ogląda się z perspektywy osoby, która żyła w tej rzeczywistości. I chyba o taki odbiór widza chodziło twórcom. Z takiego punktu widzenia nie dziwi więc siła Spartan, która przeciwstawia się kolejnym przeciwnikom w walce. W końcu byli oni do tego szkoleni od najmłodszych lat, są więc w tym co robią najlepsi. Nie są żołnierzami z przypadku, lecz z powołania. „300” przenosi więc widza w iście spartańskie warunki.:) Dużym plusem jest tu też muzyka, która w filmie sprawuje się bardzo dobrze nadając jeszcze większej ekspresji poszczególnym scenom <niestety gorzej sprawuje się ona poza filmem ale nie o tym teraz mowa>. Podobało mi się też ukazanie wątku żony Leonidasa – królowej Gorgo (w tej roli bardzo dobrze spisała się Lena Heday). Gorgo dorównuje ważnością swojemu mężowi, wpływa na jego decyzje i przejmuje rządzenie państwem podczas jego nieobecności. Bezbłędnie swoją rolę zagrał oczywiście Gerard Butler, od którego bije moc władcy, charyzma i do którego czuje się pewien respekt.:) Film o chwale, honorze, odwadze i poświęceniu. Krótkie aczkolwiek wymowne przypomnienie lekcji z historii.:)

  

8. „Ostatni król Szkocji” – czyli Forest Whitaker w swojej życiowej roli 

W filmie tym najbardziej przykuwa niesamowita rola Foresta Whitakera, którego gra została zwieńczona Oscarem. Doskonale potrafił on ukazać postać prezydenta Ugandy Idiego Amina, człowieka o kilku twarzach. Historia opowiedziana jest z perspektywy młodego lekarza <w tej roli James McAvoy>, którego Amin bierze pod swoje skrzydła, zapewniając mu posadę osobistego lekarza. Zafascynowany z początku postacią Amina młodzieniec dość późno dostrzega drugie oblicze władcy – brutalnego, porywczego tyrana, dla którego życie ludzkie nie ma żadnej wartości. A kiedy się o tym przekonuje, na ucieczkę jest za późno, pozostał bowiem bez paszportu, kontaktu z rodziną, zdany wyłącznie na niezrównoważonego władcę. Największy dramat lekarza zacznie się jednak wtedy gdy Amin zechce zemścić się na nim za zdradę. Film jest doskonałym pokazem aktorstwa w wykonaniu Whitakera. Początek obfituje w wiele wątków humorystycznych, aby pod koniec zmienić się w dreszczowiec. Podobała mi się także muzyka skomponowana przez Alexa Heffesa

 

 

7. „Królowa” – czyli próba uczłowieczenia królowej Elżbiety II

Film demaskujący prawdziwe oblicze królowej Elżbiety II a przy okazji całej Jej rodzinki. Reżyser nie stara się jednak pokazać tylko złych stron charakteru królowej, ale towarzysząc Jej w codziennych obowiązkach próbuje tą zimną i apodyktyczną postać „ocieplić” i ukazać z dobrej strony, znaleźć w królowej….człowieka. Scena, w której bezsilna wobec mechaniki samochodowej królowa w oczekiwaniu na pomoc fachowca, z dala od ludzi, etykiety pozwala sobie na uronienie kilku łez, pokazuje ów bardziej ludzką stronę monarchini. Następnie próba „uratowania” jelenia przed polującym na niego m.in. mężem Elżbiety i w kolejnej scenie oddanie hołdu już upolowanemu zwierzęciu odziera królową z iście stalowej i niewzruszonej maski. Reżyser nie stara się jednak oceniać zachowań królowej…pozostawia to już widzom. Doskonała rola Helen Mirren, starającej się uczłowieczyć postać monarchini i rewelacyjna muzyka Alexandre Desplata sprawiają, że film ogląda się z dużym zaciekawieniem, a na koniec – pozwala on wystawić Elżbiecie II własną ocenę.;) 

 

 

 

6. „W pogoni za szczęściem” – czyli od pucybuta do milionera

Oparty na faktach dramat o determinacji i próbach zapewnienia rodzinie godnego bytu. Główny bohater grany przez Willa Smitha walczy o poprawę losu swojego synka z niezwykłą zaciętością, próbując wszelkich sposobów na to by chłopiec w jak najmniejszym stopniu odczuł ten kryzys. Na uwagę zasługuje tutaj ukazana niezwykła więź ojca z synem  <którego gra syn Willa Smitha>. To ona nadaje filmowi autentyczności. Reżyser zastosował dużo kontrastów co pozwoliło jeszcze głębiej odczuwać dramat głównego bohatera. Zestawił on bogatych ludzi w garniturach ze śpiącymi na chodnikach dosłownie pod ich nogami bezdomni. O takie kontrasty w Ameryce nie trudno. Dwa współistniejące obok siebie światy. Główny bohater stara się przeskoczyć dzielącą je przepaść. Obserwując jego starania wierzymy, że mu się uda, trzymamy za niego kciuki, chcemy aby to pasmo nieszczęść i niepowodzeń wreszcie zostało przerwane, traktujemy go jako kogoś nam bliskiego. To film trochę ku pokrzepieniu serc. Udowadnia, że gdy czegoś bardzo chcemy jest duża szansa, że uda nam się to osiągnąć, że nie warto rezygnować z marzeń. Nie wolno się poddawać w „walce” o własne szczęście.

  

5 „Wszystko będzie dobrze” – czyli wiara czyni cuda

Coraz więcej na dużym ekranie polskich produkcji godnych uwagi i ten film z pewnością do nich należy. Od czasu „Placu Zbawiciela”  nabrałam przekonania, że współczesny film polskiej produkcji to nie tylko komedia romantyczna zagrana przez młodych, pięknych aktorów lub pseudo-aktorów. „Wszystko będzie dobrze” to przejmująca historia o tym, że wiara czyni cuda. Historia chłopca, który w intencji przywrócenia zdrowia chorej matce biegnie do Częstochowy. W podróży tej postanawia towarzyszyć mu, niby z dobrych intencji, jego nauczyciel wychowania fizycznego – obecnie staczający się na dno pijak. Historia tych dwojga, potrafi wzruszyć i zmusza do refleksji. Ukazuje niezwykłą nadzieję, dzięki której można dokonać wielkich rzeczy, przyjaźń jaka rodzi się między towarzyszami podróży, a także pozwala spojrzeć nam na naszą religijność. Reżyser temat ten porusza bardzo dyskretnie. Większość ludzi deklaruje swoją wielką wiarę jedynie na pokaz, ale najczęściej prawdziwie zaczynamy wierzyć, gdy coś złego zaczyna się dziać. Wtedy zawierzamy wszystko Bogu. Nie podważa to jednak szczerych intencji głównego bohatera filmu. Dzięki jego poświęceniu i niezwykłej wierze staje się cud, choć nie taki o jakim marzył – uratowana zostaje inna osoba. Niezwykła jest też ostatnia scena, w której można niejako wyczuć czuwającą nad chłopcami opatrzność. Doskonała rola zarówno Roberta Więckiewicza jak i Adama Werstaka nadaja temu obrazowi jeszcze bardziej przekonującego wydźwięku.:) Niezwykle ciepłe, pełne uroku kino, w którym jest miejsce na radość, łzy i poważne sprawy.

  

4. „Małe dzieci” – czyli o dziecięcych marzeniach w dorosłym życiu

Kolejny film ukazujący prawdę o społeczeństwie, demaskujący jego wady w prosty, dobitny ale absolutnie wciągający sposób. Mamy tu pokazany przekrój społeczeństwa. Siedzące w parku plotkary nie zajmują się niczym poza obserwacją innych, komentowaniem i roztrząsaniem różnorakich spraw. Począwszy od domowych problemów, poprzez dywagacje na temat zamieszkałego w pobliżu pedofila, aż do roztrząsania wątku głównego tego filmu czyli romansu Sary (Kate Winslet – w bardzo dobrej roli) i Brada (Patrick Wilson). I to jedyni bohaterowie, którzy nie udają niczego, ujawniając dotąd skrywane pragnienia – ich uczucia znajdują wreszcie drogę ujścia. Nikt poza nimi nie jest tu autentyczny, wszyscy ukrywają coś za ścianami pięknych domów. Każdy tłumi w sobie frustracje, agresje. Każdy goni za  szczęściem, ale większość nie potrafi go osiągnąć. Ci natomiast którzy chcą o nie zawalczyć są potępiani. Przedstawiona historia jest niezwykle prawdziwa i gorzka, wzbudzająca współczucie, śmiech i łzy. Dowiedzieć się można czy w życiu wygrywają dziecięce marzenia, czy przypisana dorosłości trzeźwość umysłu i twarde stąpanie po ziemi….

 

 

 3. . „Gwiezdny pył” – czyli abrakadabra i zła Michelle Pfeiffer  :)

      Dzięki temu filmowi można oderwać się od szarej rzeczywistości i przenieść się do

baśniowej krainy by oddać się magii i czarom.:) Mnie osobiście film nie tylko zaczarował ale także

rozbawił do łez.;) A humor to tylko jeden z atutów tego dzieła. Kolejnym atutem

są wspaniali aktorzy tacy jak Michelle Pfeiffer i Robert de Niro, którzy doskonale potrafili odzwierciedlić baśniowe postaci bawiąc się przy tym swoim wizerunkiem.:) Doskonale ucharakteryzowana Michelle jest w tym filmie najprawdziwszą jędzą jaką można sobie wyobrazić – przebiegłą do ostatniej chwili. Kapitan Szekspir w wykonaniu Roberta de Niro zyskuje u mnie miano najzabawniejszej postaci 2007 roku.:) Jego taniec do „Jeziora łabędziego” jest prześmieszny i niezapomniany.:) Trzecim atutem tego filmu jest wciągająca fabuła pełna magii, tajemnic i czarów. Na pochwałę zasługuje też muzyka stworzona przez Ilana Eshkeriego.:) Jest niezwykle dynamiczna i wyrazista – momentami nawet dominując nad obrazem. Całość więc stanowi niezwykłą, przyjemną dla oka i ucha bajeczną opowieść.:)

  

2. „Sztuczki”– czyli jak za pomocą żołnierzyków i monet pokierować przewrotnym losem

Niezwykle uroczy i ciepły film o tym jak można za pomocą przeróżnych sztuczek i wiary w swoje marzenia, pokierować losem nie tylko swoim ale i innych ludzi. Celem głównego  bohatera było odzyskanie swojego ojca, który odszedł od rodziny. W filmie świat dziecka, którego reprezentantem jest mały Stefek, przeplata się ze światem dorosłych – jego ojca, siostry, jej chłopaka…Świat Stefka jest pełen pomysłów, barw, naiwności, niewinności. Świat jego siostry jest już trochę bardziej skomplikowany – podejmowanie decyzji, ponoszenie konsekwencji swoich czynów, a także czynów młodszego brata to już zdecydowanie inna „bajka”. Mimo to te dwa światy nawzajem się uzupełniają. Akcja toczy się w ponurym, biednym Wałbrzychu, któremu przeciwstawiony zostaje pełen barw, ciepła i uczuć świat bohaterów a zwłaszcza Stefka. „Sztuczki” to kolejne już dzieło polskiej kinematografii, z którego można być dumnym. Pokazuje jak niewiele potrzeba, aby los działał na naszą korzyść i po naszej myśli, aby problemy duże jak odzyskanie ojca, znalezienie pracy, dzięki „dziecinnej” wyobraźni zostały rozwiązane.

 

1. Niczego nie żałuję” –  czyli „La Môme Piaf”

Film o niezwykłej postaci w historii muzyki – Edith Piaf, w pełni spełnił oczekiwania jakie w nim pokładałam. A nawet przyznam szczerze przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.:) Żaden film nie wywołał u mnie takiego wzruszenia jak ten i nie wycisnął ze mnie w kinie tylu łez.

Reżyser przedstawił historię życia Edith Piaf unikając chronologii, mieszając wydarzenia z Jej młodości z okresem młodości i z tym kiedy była już schorowaną kobietą u schyłku życia. Twórca uniknął przez to typowo nudnego biograficznego filmidła. Najważniejsza w tym filmie jest rola główna rzecz jasna, w której znakomicie spisała się  Marion Cotillard. Po pierwsze ze względu na doskonała charakteryzację dzięki czemu do złudzenia przypominała Edith Piaf, nawet w okresie mocnego wyniszczenia chorobą. Po drugie dlatego, że wiernie odtwarza zachowania, gesty, mimikę piosenkarki czasami trochę nawet przerysowując tą postać, co powoduje, że nie można w nią nie wierzyć. Jest niesamowicie wręcz wiarygodna. Wielkim plusem filmu są też towarzyszące mu wciąż niezwykłe piosenki Piaf, które reżyser umiejętnie umieścił w filmie tak, aby mówiły o tym co było dla nich inspiracją i jak powstały. To powoduje jeszcze większe przeżycia dlas oglądających.

Twórcy filmu nie starali się dokładnie odtworzyć wszystkich wydarzeń z życia Piaf. Pokazał te najważniejsze, które wpłynęły na wizerunek piosenkarki, na jej fenomen i niepowtarzalność, te które ją ukształtowały. W filmie ukazana jest też pięknie wizja ówczesnego Paryża.

Dla mnie „Niczego nie żałuję” jest najpiękniejszym filmem minionego roku. Dzięki niemu można zrozumieć kim naprawdę była Edith Piaf i co wpłynęło na jej niepowtarzalny wizerunek sceniczny – odkryć tajemnicę Jej życia. Doskonała rola Cotillard i oryginalne nagrania sprawiają, że między prawdą i fikcją nie ma żadnej granicy. Jesteśmy jakby naocznymi świadkami życia tej niezwykłej osoby. Ten film to niezwykle emocjonalny portret „La Môme Piaf”.

« Starsze wpisy Nowsze wpisy »