No i po Oscarach….. Media mówią, że było bez niespodzianek. Ja mogę potwierdzić, gdyż zgodnie z przypuszczeniami nie wstałam w nocy żeby uczestniczyć w ceremonii.
Ponieważ nikt nie zaoferował mi pobudki, postanowiłam skorzystać z cuda techniki dalej nazywanego budzikiem. Cóż z tego skoro moją pierwszą i jedyną reakcją na niego było brutalne i bezpardonowe uderzenie, które to miało na celu zagłuszenie dźwięków zeń się wydobywających.
I tak pozostałam w objęciach Morfeusza, aż do czasu kiedy mój wierny telefon komórkowy nie obwieścił 6:30. Wstać i tak było ciężko…
Zajadając śniadanie byłam na bieżąco jeśli chodzi o zwycięzców. Najpierw pełen uśmiech, bo tak jak sobie w duchu marzyłam statuetki otrzymali Natalie Portman i Colin Firth.
Yeay ! Potem jednak rozczarowanie, bo po raz kolejny muzyka którą uwielbiłam nie została nagrodzona, a nagrodzona została ta, której nie strawiłam.
Dwa lata temu dziki Rahman, a w tym Atticus Ross i Trent Reznor za “The Social Network”, pełną dziwacznych dźwięków, niby ambientowych ale z domieszką wściekłych gitar. Za duży dysonans jak dla mnie. Widać jednak szanowne grono amerykańskiej Akademii ma, lub udaje że ma bardziej wyrafinowany gust niż przeciętny słuchacz, tudzież miłośnik klasycznej muzyki filmowej. Cóż… Znowu mój ulubieniec Alexandre Desplat pozostał bez Oscara…
I smutno mi teraz…..
Pozostaje mi cieszyć się z pozostałych nagród. Najważniejsze już wymieniłam. Poza tym Oscar dla reżysera “The King’s speech”, oraz dla filmu jako całokształtu, napawa radością. Przynajmniej mnie.
A tak na marginesie chciałam zauważyć, że moje typowania nie odbiegają od rzeczywistości. Całkowicie chybiłam tylko w kategorii montażu. Tak poza tym moi faworyci, albo rywale których się obawiałam byli przeze mnie wytypowani wzorcowo. Ma się tą intuicyję.
Reasumując celnie trafiłam w 11 z 17 wybranych przeze mnie kategorii.
Na zakończenie to czego zabrakło w faktycznych wyróżnieniach, a co chwyta mnie za serce….
i coś co wywołuje dreszczyk niepokoju.
