Marzec zawiesił moją dotychczasową egzystencję nad wielką niewiadomą jaką okazał się kwiecień. Sławetne powiedzenie “w marcu jak w garncu” też się przy okazji sprawdziło, lecz nie w odniesieniu do pogody, bo z tego wszystkiego nie pamiętam nawet jaka była.
Koniec marca i początek kwietnia przyniosły ze sobą ogromne zmiany w moim życiorysie, żeby nie powiedzieć przełomowe.
Żeby jednak w ogóle do nich doszło, należałoby wrócić pamięcią do wcześniejszych wydarzeń.
Mniej więcej na początku września ubiegłego roku zaczęły się powolne poszukiwania własnych czterech kątów, w których mogłabym wieść swój postudencki żywot człowieka poczciwego.
Przyznać muszę, że wbrew pozorom nie jest to takie łatwe, aby spośród tysięcy ogłoszeń wybrać najpierw te, które ewentualnie bierze się pod uwagę, z nich wyselekcjonować te, które zamierza się zobaczyć na własne oczy, a wreszcie z tych, które już się zobaczyło wybrać to jedno jedyne, które roztacza nad sobą przytulną aurę a przy okazji, w którym oczami wyobraźni widzimy swoją przyszłą i szczęśliwą egzystencję.
Anyway – co zobaczyłam to moje. Przeglądanie ogłoszeń w internecie może po pewnym czasie przyprawić o zawrót głowy, oczopląs, ogólne splątanie itp. Jedno jest pewne – zdjęcia kłamią i rozczarowań w tych poszukiwaniach nie brakuje.
Konfrontacja ogłoszeń z rzeczywistością jest bezlitosna.
[sic!]
Przypływ pozytywnych wibracji i równie pozytywna reakcja mojej wyobraźni zadziałały tylko w jednym na kilkadziesiąt oglądanych mieszkań i na moje szczęście nastąpiło to w dość szybkim czasie. Ot takie było przeznaczenie.
W tak zwanym międzyczasie pomiędzy owymi mieszkaniowymi perypetiami, a odbywaniem stażu w aptece przyszedł też czas na poszukiwanie pracy, co niezwykle łaskawym zbiegiem okoliczności nie trwało długo i nie podniosło nadto poziomu mojego zestresowania związanego z bieganiem od pracodawcy do pracodawcy.
Tym niemniej sama rozmowa o pracę kosztowała mnie sporo nerwów, choć jak się później okazało zupełnie niepotrzebnie.
To wszystko stało się tak nagle, że tamte wydarzenia pamiętam jak przez mgłę.
W myślach powtarzałam jedynie “I’m so excited”.
Każdy kolejny dzień przybliżał mnie też nieuchronnie do oficjalnego pożegnania się ze statusem studentki. Towarzyszący mi wtedy ciągle cytat z “Ani z Zielonego Wzgórza” brzmiał: “jak to musi być przyjemnie być naprawdę dorosłym jeśli tak przyjemnie jest być traktowaną jak dorosła”.
Nie pytajcie dlaczego.
Nie ulega wątpliwości, że praca, rola “pani domu” <jakby nie patrzeć>, nowe obowiązki, nowe wyzwania, potęgują poczucie coraz większej odpowiedzialności za swoje poczynania. Poza tym na studenckie zniżki nie mam już co liczyć.
[sic!] Mówi się trudno….
Amelka zmian tak dużych się w istocie nie spodziewała. Liczyła pewnie po cichu, że ten stan to tradycyjne przejściowe wędrowanie, które i tak zakończy się w znanych jej dobrze czterech kątach. A tu surprise !!!
Jednak po zapoznaniu się z terenem i stwierdzeniu, że zbyt dużo jej rekwizytów przewędrowało razem z nią, przystała na taki stan rzeczy i jest podobnie jak jej pani baaardzo szczęśliwa.
Najważniejsze, że ma pod łapką dostęp do swojej kuwety, swoich miseczek z jedzonkiem, zabawek, swojego domku no i swojej pani.
Chodzi za mną krok w krok <nawet do łazienki
>, śpi przy mojej poduszce, a po moim powrocie z pracy organizuje komitet powitalny siedząc na komodzie przy drzwiach.
Poza tym atrakcji ma co niemiara – nowe widoki za oknem, większa przestrzeń do biegania, więcej ptaków za oknem <mieszkanie na poddaszu robi swoje>.
Okres zawieszenia minął, od 1 kwietnia ruszyła lawina nowych obowiązków, którym staram się sprostać. Pocieszająca jest jednak świadomość słusznych wyborów w życiu. Nie wyobrażam sobie innej pracy dla siebie i mimo, że parokrotnie miałam ochotę rzucić te bezlitosne studia, to jednak w rekompensacie za włożony wysiłek spełniam się w tym co robię, a praca nie stanowi dla mnie przykrego obowiązku. Okazuje się, że dziecięce marzenia nie są jednak zbyt górnolotne.
Idea, która zrodziła mi się dawno temu w głowie zakorzeniła się na tyle silnie, że konsekwentnie choć z początku pewnie nieświadomie dążyłam do jej realizacji.
Tak się bowiem składa, że zawsze lubiłam chodzić z Mamą do apteki i byłam pod wrażeniem tego co tam widziałam.
Te właśnie pozytywne wrażenia, pomogły mi w późniejszej selekcji na rozstaju dróg po zdanej maturze.
Było minęło, studia też odchodzą do lamusa, teraz tylko praca, dom, praca, dom….<zgodnie z tym co powiedziała kiedyś pewna mądra kobieta>.
Przyjemnie jest jednak wracać do własnego mieszkania, ze świadomością, że czeka tu na mnie spokój, wyciszenie, gdzie wszystko toczy się moim własnym rytmem, do azylu, który zasypia i budzi sie razem ze mną.
:) powiedział
27 kwiecień 2009 @ 18:49
Tylko ostrożnie z tym ekscytowaniem się, bo się skończy tak jak u pewnej mądrej kobiety, na praniu rajstop.
A na serio – jeśli jest się z czego cieszyć, to nie należy się krępować.
And make it bouncy!
Tuzinek powiedział
24 maj 2009 @ 11:07
taaa, mieszkanko bardzo śliczne i przytulne:D wcale sie nie dziwię że tak chętnie do niego wracasz:) i jeszcze ktoś tam zawsze na Ciebie czeka…