20 czerwca 2008 minęło dokładnie 100 lat od wydania powieści Lucy Maud Montgomery “Ania z Zielonego Wzgórza”. Zacny to jubileusz stąd też hucznie obchodzono go na całym świecie.
Nic dziwnego – jak wiadomo książka odniosła ogromny sukces. W ciągu sześciu lat od “premiery” ukazało się 37 wydań . Dziś znana jest m.in. w językach: francuskim, hebrajskim, duńskim, słowackim, norweskim, portugalskim, koreańskim, hiszpańskim.
Nie pamiętam dokładnie kiedy ta książka wpadła mi po raz pierwszy w ręce ale pamiętam, że zabrałam ją bratu, kiedy zakończył przerabianie jej w szkole.
Pewnie było to w granicach 2 klasy podstawówki, kiedy błogie dzieciństwo pozwalało bujać w obłokach a postrzegana przeze mnie rzeczywistość miała wszystkie kolory tęczy.
Książki czytałam wtedy w ogromnych ilościach, więc każda nowa i pachnąca, była źródłem niezwykłego entuzjazmu i przyjemności płynącej z pochłaniania szeregu l i t e r e k, słów i zdań “osiadłych” na kolejnych stronicach.
Rolę żelaznej pozycji na mojej ówczesnej półce z książkami pełniły wówczas “Dzieci z Bullerbyn” – zresztą nawet dzisiaj ich znaczenie wśród innych mniej lub bardziej poważnych dzieł nie zmalało.
Któregoś pięknego dnia pojawiła się dla nich konkurencja w postaci 300 stronicowej książki, w zielono-brązowej okładce z wizerunkiem rudowłosej dziewczynki siedzącej na ławce na dworcu kolejowym. Na środku widniał tytuł “Ania z Zielonego Wzgórza”.
No cóż, już po pierwszym przeczytaniu ta książka mnie urzekła.
Stanowiła i stanowi nadal niesamowity ładunek optymizmu, odskocznię od codzienności, receptę na wszystkie smutki.
Dodatkowym bodźcem do mojego nieustannego obcowania z przygodami Ani było posiadanie kaset magnetofonowych z nagraniem słuchowiska radiowego “Ania…….”. Zostało ono przygotowane przez Naczelną Redakcję Programów dla Dzieci i Młodzieży i Teatr Polskiego Radia. Uhonorowane m.in. I nagrodą Polskiego Radia w kategorii słuchowisk roku 1979 <29 lat jak się patrzy>.
5 najczęściej przeze mnie słuchanych kaset. Udział w tym słuchowisku wzięli m.in Anna Romantowska <jako dorosła Ania Shirley> i Franciszek Pieczka <jako Mateusz Cuthbert>. Kasety przetrwały próbę czasu i nadmiernego użytkowania i są nadal przeze mnie “maglowane” . Najlepsze “lekarstwo” na chandrę.
Dialogi po setnym przesłuchaniu chyba same się zakorzeniły w pamięci, więc nawet przy braku dostępu do źródła, przypomnieć je sobie nie jest problemem.
Według mnie niezwykłość tej książki kryje się w wiarygodności, niepowtarzalności i uroku głównej bohaterki. Osierocona rudowłosa dziewczynka udowadnia że życie ma więcej barw niż może się komukolwiek wydawać. Dostrzega rzeczy, na które nikt nie zwraca uwagi.
Z pewnością czytelniczki “Ani…” próbowały i próbują odnaleźć w niej cząstkę siebie <nie inaczej było i nadal jest ze mną> poniżej nastąpi więc mała próba utożsamienia mnie z ów bohaterką.
Chyba za chwilę sama się zdziwię.:D
- wyobraźnia – dziękuję ma się dobrze ale w porównaniu do Ani chyba dopiero raczkuje
- “otchłań rozpaczy” – zdarza się czasami i wtedy także “coś staje w gardle i nie można nic przełknąć, nawet czekoladki”
- skłonność do robienia rzeczy szalonych i ryzykownych – wprawdzie nie spacerowałam jeszcze po dachu jak Ania, ale parę ryzykownych pomysłów już mam na koncie
i to zapewne nie koniec
- podejmowanie decyzji pod wpływem chwili – nie ufarbowałam włosów na “wściekły” kolor i nie zamierzam, na pomysł o zaprzestaniu chodzenia do szkoły też nie wpadłam, ale kilka spontanicznych decyzji podjęłam choć nie zawsze pociągały za sobą tak drastyczne konsekwencje jak w przypadku Ani
- “w geometrii nie ma absolutnie pola do wyobraźni” – zgadzam się w 100 %
- “…prawie zawsze można się z czegoś cieszyć…” – podpisuję się pod tą zasadą
ja się cieszę nader często
- “zawsze przykro, kiedy się coś przyjemnego kończy. Wprawdzie potem może się zdarzyć coś jeszcze milszego, ale nigdy nie jest się tego pewnym, a tak często się zdarza, że to coś wcale nie jest przyjemniejsze” i tu również się zgadzamy – pożegnania i wszystkie tego typu zdarzenia nie są dla mnie
- “Czy to nie przyjemnie wiedzieć, że jest tak dużo rzeczy, które jeszcze poznamy? To właśnie sprawia, że ja się tak cieszę życiem… Świat jest taki ciekawy… Nie byłby taki ani w połowie, gdybyśmy wszystko o wszystkim wiedzieli, prawda?” – co prawda to prawda – ciekawość <nie mylić ze wścibstwem >, w odpowiednich proporcjach wcale nie jest pierwszym stopniem do piekła
- “Jakże się cieszę, że żyję na świecie, w którym istnieje październik !” – ja też, a powodów mam kilka. Najważniejszy to chyba ten, że właśnie w październiku przyszłam na świat.
Drugi współtowarzyszący – jesień – przepych barw, zapach liści, kasztanki i słoneczko, które wtedy już tak nie doskwiera….uwielbiam
- “Bywają chwile, że z przykrością myślę o tym, iż nie jestem wzorowa, ale przecież ciągle postanawiam zostać nią w przyszłości. Nieraz trudno jest dotrzymać postanowień, bo zdarza się, że nawiedzają nas nieprzezwyciężone pokusy, ale teraz postaram się zrobić jeszcze większy wysiłek.”
Nic dodać nic ująć – cała ja. Co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro / pojutrze/ w najbliższej przyszłości* (* niepotrzebne skreślić). :p Ale staram się to zmienić.
To tyle porównań.
Z zauważalnych różnic – gadułą w przeciwieństwie do Ani nie jestem.
“Anię….” czytałam i słuchałam niezliczoną ilość razy. I robię to nadal. Za każdym razem z radością odkrywam punkt widzenia tej niepospolitej, skromnej osóbki, zatapiam się w jej marzeniach, w jej magicznym kolorowym świecie z “Jeziorem Lśniących Wód, Królową Śniegu” i innymi, na co dzień pospolitymi rzeczami, które dzięki niej zyskiwały duszę.
Tak długo, jak długo będę ją czytała i jak długo pozostanie ona dla mnie tą najważniejszą wśród innych “ważnych” książek, będę mogła odnaleźć w sobie tą 8-9 letnią dziewczynkę, którą byłam kiedyś, bujającą w obłokach i postrzegającą rzeczywistość we wszystkich kolorach tęczy.
P.S
Poniżej okładka pierwszego wydania “Ani z Zielonego Wzgórza”.

