Oj trzeba trochę odkurzyć tego bloga bo przez ten ponad miesiąc przerwy zdążył już zebrać warstwę braku odwiedzin, internetowego pyłu itp rzeczy, które raczej pozwoliły o nim zapomnieć.
A więc teraz powiew świeżości.
Ostatnie miesiące mijają mi na dogłębnej analizie zawartości związków w nijakim Przelocie pospolitym <w ramach pracy magisterskiej>.
Tak tak wiem, nazwa brzmi niebanalnie i doprawdy śmiesznie. Wywołuje na twarzy rozmówców dziwny grymas zmieszania, zdziwienia, zaintrygowania, po czym padają sztandarowe pytania:
- “Yyyyyyyy w czyyyym ?????”
- “A co to takiego ?????”
- “Żartujesz sobie ????”
- “Aha. A tak naprawdę ???”
Ogólnie ujmując reakcja sprowadza się do “Seriously -what ??”
No więc w ramach wyjaśnienia. Ów Przelot pospolity to nic innego jak pospolicie rosnące na nizinach <podobno, bo ja jeszcze nie spotkałam
> zielsko. Trzeba mu oddać, że z wyglądu całkiem całkiem ładne.
Swoją drogą nie wiem kto zajmuje się wymyślaniem polskich nazw dla tych czasami uroczych roślinek. W każdym razie pomysłowi z nich ludzie.
Przyznam szczerze, że nie wiem co wspólnego ma nazwa przelot z samą tą rośliną.
Praca magisterska nad Przelotem, przelotnie mi nie mija mimo wszystko.
Więc nazwa zdaje się nie pochodzi od szybkości badań nad ów zielskiem.
Ja akurat męczę się z nim już hmmmm….3-ci miesiąc i końca nie widać. Nadal ustalam co w niej siedzi ciekawego lub mniej ciekawego. Ale niech nikt nie myśli, że z tej całej ciekawości wytrzymać nie mogę.
Moja cierpliwość przy tych badaniach została już parokrotnie wystawiona <i nadal jest> na próby, więc czekam spokojnie.
Jak to mówią “szukajcie a znajdziecie”.
Przez te jak na razie 3 miesiące <niecałe> dzień po dniu napotykam/napotykałam się na:
1.proces zagęszczania i związaną z nim nierozłącznie wyparkę
2. rozdzielanie w rozdzielaczach <masło maślane
> a dokładniej ekstrakcja ciecz-ciecz
3. chromatografię wszelkiej maści
i związane z nią
Wytrwałych i pragnących lepiej poznać szczegóły moich poczynań, odsyłam do linków ukrytych pod magicznymi słowami <wystarczy kliknąć wyrazy zaznaczone kolorkiem>.
Tam chyba w miarę zrozumiale jest wyjaśnione o co chodzi.
Kiedy moje zadania są wykonane i pozostaje cierpliwie czekać, aż matka natura <a może lepiej matka chemia, fizyka itp.> wykona swoje zadanie <lepiej a czasem nie najlepiej>, w głowie rodzą się różne pomysły jak zabić czas.
I tu wyobraźnia zaczyna pracować a pomysły na urozmaicenie czasu przychodzą do głowy błyskawicznie.
Katedra wyposażona jest w wiele przedmiotów, które wykorzystać można do “scenek rodzajowych”.
Jak to mówią mała rzecz a cieszy.
Przykłady: profesjonalne gogle narciarskie, podpory do kwiatów, kije od miotły, korki do butelek, “maski spawacza”.
Wszystkie te przedmioty wydają się być niesłychanie zabawne w danej chwili. Tak, wiem że to brzmi dziwnie. Może to wszystko efekt wpływu wszelakich rozpuszczalników unoszących się wokół podczas pracy. ??
Przygody z latającymi bibułami, magiczną szafką, jednostronnie dźwiękoszczelnymi drzwiami czy małą powodzią pozostawię bez dalszego komentarza.
Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi i niech tak zostanie.
Było wesoło, chociaż grozą też powiało.
Ekipa magistrantek nie próżnuje.
Tak w telegraficznym <no może prawie telegraficznym, a jak wiadomo prawie robi duża różnicę
> przedstawiają się moje zmagania ze zdobywaniem upragnionego tytułu magistra. Przede mną jeszcze praca teoretyczna, która chyba bardziej mnie odstrasza niż praktyczna. No ale może przy odrobinie weny i mobilizacji uda się stworzyć z tego logiczną całość.
W końcu pewnie się okaże, że nie taki Przelot straszny.
Sami oceńcie.
P.S
Przy okazji mogę podziękować ów najbardziej wtajemniczonym w te dziwne historie osobom, za uczestnictwo, pogodę ducha i pomysłowość, których rzadko kiedy komuś z tej ekipy brakuje.



Wysłany przez :) w dniu 15 maj 2008 o 20:16
Ci najbardziej wtajemniczeni cieszą się, że mogą być częścią tego niezwykle radosnego doświadczenia i doprawdy nigdy by nie przypuszczali, że pogoń za tytułem magistra okaże się jednym z najzabawniejszych okresów w ich życiu:)